niedziela, 9 września 2012

Alfred Wysocki: "Tajemnice dyplomatycznego sejfu"

Alfred Wysocki, Tajemnice dyplomatycznego sejfu,
Książka i Wiedza, 
Warszawa 1988

Alfred Wysocki był polskim zawodowym dyplomatą. Książka bazuje na jego wspomnieniach z dwóch placówek: z Berlina (1931 – 33) oraz Rzymu (1933 – 38). Nie są to jednak wspomnienia pisane na  gorąco. Jak dowiadujemy się z „Noty edytorskiej” Wysocki zaczął spisywać swoje wspomnienia w 1940 roku, a zakończył tworzenie ich w 1956. „Przy pisaniu Wysocki posługiwał się nie tylko własną pamięcią, ale też wieloma materiałami źródłowymi” (s. 5), co pewnie w zamierzeniu ma działać na chwałę autora i musi być jakimś niezwykłym wyczynem. Dowiadujemy się także, że materiały dotyczące jego służby od roku 1900 do czasu poselstwa w Rzymie niemal całkowicie spłonęły podczas powstania warszawskiego. Natomiast z czasów „rzymskich” zachowały się jego dokumenty („autentyczne raporty, stenogramy z rozmów, ważniejsze listy i wycinki prasowe” – s. 5) w całości. Trudno nazwać te informacje za imponujące. Chcąc nie chcąc ludzki umysł przetwarza swoje wspomnienia z perspektywy późniejszej wiedzy i opinii narosłych przez lata. Książka byłaby o wiele wartościowsza, gdybyśmy mieli do czynienia z spisywanymi na gorąco spostrzeżeniami, a nie pamięcią uzbrojoną w materiały źródłowe. 

Wysocki wspominał, czasem kusił się na analizy i szersze uwagi, jednak gros tekstu to opis codziennych rozmów i zbierania danych do raportów. Stanowisko ambasadora nie jest stanowiskiem, na którym podejmuje się kluczowe decyzje, szczególnie gdy było się ambasadorem kraju, który w polityce europejskiej raczej nie rozdawał kart. Stąd tutaj mamy często tylko opis atmosfery danych momentów, spotkań, zasłyszane anegdoty i czasem opinie. Nie są to bynajmniej, jak chciał wydawca książki, żadne tajemnice i nie trzeba było sejfu, by je pilnować. Niczego nadzwyczajnego tu nie znajdziemy, no może poza dowodami, że polska służba dyplomatyczna nie działała bezbłędnie.

Sama książka jako pozycja księgarska nie jest dziełem Wysockiego. On swoje wspomnienia sprzedał Ossolineum, a z nich książkę przygotował Wojciech Jankowerny  wybierając „około jednej trzeciej całego tekstu” (s. 6).  On podzielił wspomnienia na rozdziały i śródtytuły, jednak bez żadnego oznaczenia dat. Trudno konfrontować swoją wiedzę z tym, co się czyta, jeśli większość wydarzeń jest zawieszona w czasowej próżni, a przecież , przykładowo, o wpłynięciu torpedowca „Wicher” do Gdańska (s. 75) nie uczy się u nas w szkołach, więc nie każdy musi znać datę tych odwiedzin.  Lepiej byłoby móc konfrontować wspomnienia z wiedzą, a byłoby to o wiele łatwiejsze, gdyby odpowiednie daty jednak zaznaczyć. Tego  wyraźnie brakuje w książce. 

Mam duże wątpliwości co do opinii wygłaszanych przez Wysockiego. Z jednej strony starają się one oddać ducha tamtych czasów i nie zawierają zbyt wiele ocen ex post, ale jednak nie wierzę, że można spisać oceny paręnaście lat później i nie korygować ich w świetle późniejszej wiedzy. Stąd nie brzmią źle sformułowania typu: „Widząc oddziały brunatnych koszul maszerujące przez Kürfurstenstrasse zastanawiałem się nieraz, dokąd ci ludzie zajdą i przez jakie wertepy poprowadzi ich Führer“ (s. 77), ale czyż nie łatwiej post factum dopisywać takie wtręty? Ale to, że są to wspomnienia pisane z wieloletniej perspektywy jest oczywiste i nietajone. Mnóstwo w książce ustępów mówiących o tym wprost. Przykładowo, gdy Wysocki opisuje dojście Hitlera do władzy w styczniu 1933 roku, pisze: „Poza tym pojawił się w rządzie (…) osławiony w Polsce w czasie drugiej wojny światowej dotychczasowy bawarski minister sprawiedliwości, w rządzie zaś Hitlera minister bez teki, dr Hans Frank” (s. 86). 

Większa część książki przypada na okres, kiedy Wysocki ambasadorował w Rzymie. Gdy czyta się opisy życia dyplomatycznego świata w  stolicy Włoch można odnieść wrażenie, że Wysockiego rzucono do stolicy świata. Omawianie bieżących spraw, plotki i opinie przytaczane są w sposób tak bardzo poważny, jakbyśmy mówili o centrum decyzyjnym świata. Swoją drogą centrala MSZ powinna była mieć potężny zespół do analizy, gdy musiała bazować na tak kategorycznych przekazach. 

Jednak tą książką można się było od czasu do czasu zaciekawić, szczególnie jeśli ma się słabość do klimatu lat międzywojennych i całej ówczesnej polityki. Mimo, że większość tekstu nie jest ani ciekawym opisem życia ambasadora ani jakimiś trafnymi, ogólniejszymi uwagami, to czasem pojawiają się interesujące rzeczy. Ciekawie dla mnie brzmiały wzmianki o planach odłączenia się Bawarii „Z kilku przeprowadzonych rozmów wyniosłem przekonanie, że mimo wszelkie pozory projekty odłączenia Bawarii od Rzeszy i stworzenia odrębnych katolickich Niemiec wraz z Austrią są wprawdzie pomysłem dobrym, ale realizacja jego jest jeszcze muzyką dalekiej przyszłości” (s. 31) – są to wspomnienia z okolic 1921 roku, ale tu pojawia się, nie wiedzieć czemu, słowo „Rzesza”. Na tym tle ciekawie brzmią zapiski z września 1937 roku „Bezpośrednio potem miała miejsce herbatka w «Haus der deutsche Kunst» na 400 osób, w której wzięło udział m.in. 200 artystów zaproszonych z całej Rzeszy oraz przedstawiciele piśmiennictwa niemieckiego. Miało to na celu podkreślenie wobec gości włoskich, iż Monachium jest nie tylko stolicą partii, ale i sztuki niemieckiej” (s. 494). 

Dziś często się podkreśla antysemityzm polski przed wybuchem Wojny. W tym kontekście interesująco brzmią słowa Wysockiego: „Miałem stawić się u ministra [spraw zagranicznych Neuratha – AG] o osiemnastej, przyszedłem jednak wcześniej, bo zamówiłem się poprzednio u podsekretarza Bülowa w sprawie nowych wypadków pobicia Żydów polskich na prowincji” (s. 113).

Czytając wspomnienia Wysockiego widać wyraźnie, jak zmieniały się stosunki polsko-niemieckie. Po dojściu Hitlera do władzy następowała zmiana. Krok po kroku oczami polskiego ambasadora można zobaczyć na konkretnych przykładach, jak poprawiały się wzajemne relacje.

Ciekawie pokazuje się tu ewolucja stosunku Włoch do Niemiec. Każda średnio znająca historię osoba wie, że Włochy i III Rzesza były sojusznikami, ale już nie każdy wie, że doszło do tego praktycznie dopiero pod koniec lat 30-tych. Włochy bardzo długo starały się neutralizować Niemców i szukały zbliżenia z kunktatorskimi graczami: Anglią i Francją, by przy ich aprobacie realizować swe mocarstwowe wizje. Także długo Włochy jako jedyny kraj tak energicznie opierały się przyłączeniu Austrii do Rzeszy. Warto przypomnieć, że jeszcze w  1936 Mussolini wspominał o wojnie z Niemcami „Kiedy więc rząd ich [Niemiec – AG] ogłosił, że nie uznaje więcej demilitaryzacji zony nadreńskiej, Mussolini demonstracyjnie zarządził zwiększenie siły zbrojnej Italii i oświadczył, że jest gotów na wszystko” (s. 244). Z lektury książki Wysockiego można odnieść wrażenie, że jedną z głównych przyczyn wybuchu wojny był włoski najazd na Abisynię. Wielka Brytania forsując sankcje Ligii Narodów na Włochy (bynajmniej nie  pobudek wolnościowych) wepchnęła wręcz Włochy w ramiona swojego głównego oponenta na kontynencie. 

Książka pozostawia mieszane uczucia. Z jednej strony z opisów Wysockiego można próbować odtwarzać dynamizm ówczesnej sytuacji, ale z drugiej książka jest bezbarwna. Zarówno co do treści, jak i co do stylu. To że wspomnienia Wysockiego mogłyby się znajdować w jakimkolwiek sejfie chyba nie uwierzy nikt. Stylowi książki brak jakiekolwiek barwy, zadziorności pióra czy talentów do wykładania sprawy. Na pewno lepiej książkę przeczytać, niż jej nie czytać, ale na mojej półce eksponowanego miejsca ta książka nie zajmie.

czwartek, 28 czerwca 2012

Melchior Wańkowicz: "Ziele na kraterze"

Melchior Wańkowicz, Ziele na kraterze,
Prószyński i S-ka
Warszawa 2011

Wańkowicza odkrywam na swój sposób dopiero teraz. Babcia na półce z książkami (a nie wahała się wyrzucać książek, jeśli nie przedstawiały dla niej wyraźnej wartości) miała zawsze „Na tropach Smętka” i „Bitwę o Monte Cassino”, do której ja zaglądałem jako dziecko głownie dla fotografii żołnierzy. Moja Mama o „Zielu na kraterze” wspominała, że jako dziecko śmiała się podczas czytania bez końca. Ostatnio Krzysztof Masłoń zaliczył je do lektur arcypolskich, czyli takich, które mówią „o duchu narodowym, o duchu polskim, o dziełach, które są ducha tego wykładnią”. Do tego reedycja dzieł Wańkowicza z wszechobecnymi wzmiankami w prasie sprawiły, że poczułem, że i teraz na mnie kolej. Sięgnąłem więc po „Ziele na kraterze”.

Trudno mi pisać ten post, bo trudno czytało mi się książkę. Gdzieś wewnątrz mnie piętrzą się jeszcze myśli, że może nie wypada pisać źle o takich osobach jak Wańkowicz. Wszelkie recenzje, wszelkie opisy są zawsze jednostajnie pochwalne, a ja miałbym pisać, że książka Wańkowicza niezbyt mi się podobała? Jednak pisanie o swoich lekturach wymaga odwagi.

Sam język polski Wańkowicza jest uznawany za mistrzowski. Mi jednak czytało się tego autora trudno. Jego operowanie słowem jest charakterystyczne. Zdania często są u niego zamkniętą całością, dodatkowo bogato zdobioną. Dla mnie nazbyt bogato. By wejść w rytm „Ziela” musiałem spędzić kilka minut wczytując się w jego styl, który jednak nie spotyka się z moją wrażliwością. Czytając książkę często miałem nieodparte wrażenie, jakbym czytał poezję. Sposób budowy zdań, dobór epitetów, szyk zdania podparty odpowiednią intonacją - gdyby fragmenty książki zestawić w odpowiedniej formie, to, miałem wrażenie, wypadłby biały wiersz, jakich niemało we współczesnej poezji. Czy nie ułożyłby się w poezję akapit ze strony 335:

„Wskazany adres podawał dom odległy o kwartał.
Krystyna – już była za drzwiami.
Matka pobiegła za nią z sercem ściśniętym trwogą.
Puszczono je bez pytania do wskazanego pokoju,
dano zabrać walizę bez sprzeciwu”.

Czy fragment ze strony 164 (wybrany na chybił trafił):

„Teraz niejeden z nich ma nie tylko fizyczny, ale i moralny katzenjammer,
Jak ból po wyrwaniu zęba.
Ale zagoi się – i będzie rad,
że wyczyściło się, sypnęło, przecięło się”.

Te fragmenty pokazują także inną cechę pisarstwa Wańkowicza: wszechobecne myślniki. Musiałem przywyknąć do tego, ale długi czas nie dawało mi to spokoju. Myślniki na każdej niemal stronie i często zupełnie nieuzasadnione, bo jaki sens mają w powyższych zdaniach? 

Książka niewątpliwe zrodzona z bólu, z wielkiej osobistej tragedii – utraty córki. Czasem przychodziły mi na myśl „Treny” Kochanowskiego. Wańkowicz chciał wystawić pomnik swoim córkom, swojej rodzinie, domowi i życiu, a po części także i samemu sobie. Na zasadzie kontrastu wrażenie mogą robić pojedyncze zdania kończące poszczególne fragmenty książki. Gdy optymistyczne rozdziały, pełne anegdot i humorystycznych wtrąceń opisujących życie rodziny Wańkowicz kończą się zdaniami typu: „Album spłonął. Krysi nie ma” (s. 86). 

Mam też nieodparte wrażenie, że jest coś nieprzyzwoitego w tym epatowaniem bólem i losami córek na tle katastrofy, która dosięgła miliony Polaków w czasie wojny. Śmierci nie da się rachować i przeliczać, ale czy dziesiątki tysięcy ludzi nie doznali od losu ciosów stokroć mocniejszych? Czy nostalgia nad dostatnim przedwojennym życiem, pełnym zagranicznych wycieczek, lotów samolotem, rozmów telefonicznych, domu z windą do podawania jedzenia wprost do pokoju na piętro i wszechobecnej służby godzi się wobec tragedii ludzi, którym te rzeczy nigdy nie były dane. Wańkowicz ma tą umiejętność wyrażania swojego bólu słowami, a przez to pewnie kojenia ran. Ale czy my z uwagi na tą umiejętność mamy równie mocno płakać na tym poszczególnym losem rodziny Wańkowiczów. Za dostatnie i za frywolne były dla mnie opisy przedwojennego życia, by razem z autorem płakać nad jego utratą.  

Rodzina Wańkowiczów wydaje się z opisów idealna. Nie ma tam kłótni, nie ma złych humorów, nie ma problemów międzyludzkich. Jest dobry, ironiczny i swojski tata oraz opiekuńcza, troskliwa i pilnująca ogniska domowego mama. Jest „bohater tej książki – dom własny” (s. 125). Ten obraz jest przesadnie słodki i sprawia wrażenie stworzonego wbrew myślom o śmierci, ale przez to wyidealizowanego. A jeśli takiego, to w jakiejś części nieszczerego i nieprawdziwego, niedającego prawdy o życiu. Wańkowicz pisze: „Ale ta moja książka przecież jest – wesoła. Przecież ta książka jest dla mamuś i dla tych, którzy mieli dzieci, i tych, którzy byli dziećmi. Ta książka jest po to, żeby złożyli samotne ręce stwardniałe od pracy i przypomnieli. Ta książka przeprasza, że co pewien czas rozdzierają się jej pogodne na razie karty” (s. 80). Za słodkie to dla mnie i za sentymentalne. Życie Wańkowiczów to sielanka, nierzeczywista idylla, którą da się czytać tylko wiedząc o nieuchronnej zagładzie te świata.

Podobały mi się w książce anegdoty. O tym jak w czasie przewrotu majowego wojska postrzeliły „ciekawą panienkę” (s. 102) czy o przekraczaniu granicy z Litwą przed normalizacją stosunków (s. 103). Ciekawe były także wątki erudycyjne: jak, skąd wiadomo, że Bohun miał na imię Jerzy (s. 79) czy to, że szyszynka to pozostałość po trzecim oku (s. 122). Ciekawe historyczne przywołania o złej polityce II RP w stosunku do mniejszości narodowych (s. 212) czy o zdradzie zachodnich aliantów w stosunku do wyzwolonych jeńców Rosjan (s. 282).

Dla mnie, o ironio, najciekawszy fragment książki zaczął się wtedy, gdy dziewczynki wyjechały na wakacje i w toku opowiadania zrobiło się miejsce na „Uniwersyteckie wspominki”  (s. 258) wraz z ciekawym opisem, jak budować zainteresowanie Polską (s. 263).

Cieszyłem się, gdy dotarłem do końca książki. Warto poznać i inne dzieła Wańkowicza, by móc ocenić jego twórczość. „Ziele na kraterze” jest lekturą szkolną i chyba to dobry wybór, bo wtedy można się książką bawić, tak jak śmiała się z anegdot moja mama będąc dzieckiem. Jednak dojrzałość dorosłego człowieka, męskie zainteresowania mogą nie współgrać z sentymentalnym opisem przeszłości.



piątek, 6 kwietnia 2012

Józef Ignacy Kraszewski: "Stara baśń"

Józef Ignacy Kraszewski, Stara baśń,
Świat Książki
Warszawa 2003

W grach komputerowych często występuje następujący mechanizm. Pole gry (często w postaci mapy świata) jest całkowicie niewidoczne, czarne. Tylko obszar wokół postaci jest rozświetlony. Wraz z poruszaniem się postaci mapa rozświetla się odsłaniając obszar wokół. A im więcej dany bohater się przemieszcza, tym większa część mapy staje się widoczna. Warto więc w grach wysyłać bohatera w dalekie wędrówki choćby po to tylko, by odsłonić świat gry. Nasz bohater może być nie dość wyposażony, może być narażony na porażkę przy pierwszym niebezpieczeństwie, ale uzyskanie widoku świata pozostaje często warte zabiegów.

Myśli o grach komputerowych nasunęły mi się podczas czytania „Starej baśni”. Powieści, której chyba nie można oceniać w kategoriach dobrej lub złej książki. Inna jest, zdaje mi się, jej rola, inne wobec niej są oczekiwania. Kraszewski postawił sobie za cel wypełnienie pewnej pustki historiograficznej naszych dziejów. Sięgnął po wyobraźnię tam, gdzie nauka historii zawodzi lub gdzie brak źródeł. Stąd jego powieść ma tą zaletę, że rozświetla dla naszej literatury pewien fragment naszej rzeczywistości. Jego powieść jest jak ten bohater gry komputerowej wysłany po to, by odsłonić lub nawet zaanektować pewien obszar literatury. Dzięki niemu nie trafiamy w pustkę, a każdy następny autor ma już jakiś punkt odniesienia. Kraszewski stworzył ramy, zaznaczył pewien czas historyczny swoją książką, dzięki czemu przestała ona być terra incognita. Także w tym sensie, że tworząc powieść popularną, czytaną, często wznawianą udało się Kraszewskiemu trafić pod strzechy, dotrzeć do ludzi i obudzić świadomość pewnego okresu historycznego, świadomość początków państwa polskiego w trudnym okresie rozbiorów. A wątki antyniemieckie, szczególnie widoczne w powieści, także mogły kształtować w pożądany sposób świadomość ówczesnych Polaków.

Należy też pamiętać, że powieść Kraszewskiego, mimo że w tytule pojawia się słowo baśń, nie ma baśniowego charakteru. Nie ma tu czarów, rzeczy nadprzyrodzonych, niewyjaśnionych. Wszystko jest realne i możliwe, choć przedstawione oczami ludzi, którzy wierzą w magiczny świat. I jeśli nawet oni przypisują jakimś okolicznością magiczny wpływ, to jednak jest tylko ich interpretacja. Tak musieli postrzegać świat ówcześni ludzie, skoro nawet dziś szereg przesądów z książki pozostaje żywy. Książka przedstawia dzieje w sposób prawdopodobny. Czerpie z kronik, podań, luki wypełnia odwołując się do powszechnych mechanizmów społecznych. Jeśli czegoś nie znamy ze źródeł, to, jak Kraszewski pisze w swym dopisku „Dziejowe legendy”, „Analogia tylko, porównanie, pewne stałe prawa, którym byt ludzkości podlega, coś o tym dozwalają wnioskować” (s. 393).

„Baśń” ma wyraźny wydźwięk polityczny. Szczególne wrażenie robiły na mnie opisy ziem Słowian. Często pojawiała się zaznaczona wyraźnie słowiańskości ziem położonych na zachód od Odry, a sięgających aż do Łaby. Te przywoływania nastąpiły w czasach, gdy żywioł niemiecki podbił i kolonizował już  nie tylko ziemie po lewej stornie Odry, ale miał we władaniu Bydgoszcz, Inowrocław, Jarocin i Ostrów. To rozbudzanie pamięci historycznej i przywoływanie w popularnej literaturze historii Słowian musiało zostawić ślad, z którego brały się już międzywojenne plany odbudowy Polski w historycznych granicach słowiańskich. Pojawiają się często te wiadomości w książce:  „My, Polanie, rozmówić się możemy i z tymi, co u Odry, i co nad Łabą siedzą (…)”(s. 25), gdy Hengo odpowiadał Brunhildzie skąd jest,  to mówił, że „zza Łaby” (s. 58), a nie sprzed (bo to ziemie słowiańskie). Tak samo utwierdza nas w tym wrażeniu opis sytuacji  u Knezia w grodzie: „Niemiec się plącze niejeden. Młodsze żony i nałożnice także zza Łaby” (s. 61). Piastun odpowiadał Wiszowi i Domanowi: „Słyszeliście to od ojców waszych, a ojcowie od ojców swych słyszeli, że nasza mowa ciągnęła się dawniej daleko za Łabę, nad Dunaj, za Dunajem, nad sine morze i na zachód aż do Gór Czarnych” (s. 95). Przykładów takich jest wiele i one musiały utrwalać lub przywoływać historyczną pamięć. Antyniemieckość wyraża się często. W zasadzie nie ma tu w książce żadnego dobrego Niemca. Hengo, Brunhilda, inni, wszyscy są przebiegli, okrutni i złowieszczy.

Słowianie są za to przedstawiani jako spokojny lud. Wisz odpowiada niemieckiemu gościowi: „My wojny nie pragniemy ani w niej nie smakujemy. Nasi bogowie pokój miłują, jako my” (s 26). Słowianie zostali zmuszeni do porzucenia radła i chwycenia za miecz. Kontynuując przywołany już cytat ze strony 95: „Był to czas szczęśliwy, gdyśmy na niezmiernej przestrzeni byli sami jedni, a sąsiedzi w domu co robić mieli. Chodziliśmy naówczas bez mieczów, z gęślami, rolę uprawiali, w otwartych siedzieli chatach i gospodarzyli w mirach bez wszelkich kneziów. Dawne to czasy. Od morza przypadli jedni, od gór zaczęli napastować drudzy – z orężem w dłoni niewolniczy, a karny lud. Musieliśmy się bronić. Skończyło się  szczęście nasze, śpiewanie i spokój. Zamorskich wodzów trzeba było wziąć, stołby murować, grodziska stroić i bić się. A stara swoboda zawsze się nam przypominała, kneź nam był wrogiem”. Ten fragment przypomniał mi także Jarosława Marka Rymkiewicza, który polską wolność, anarchię, podnosił do rangi cnoty, istoty polskości i chyba znalazłby sojusznika w autorze „Starej baśni”.

Przyznam, że do książki Kraszewskiego podchodziłem z niepokojem i uprzedzeniem. Jaką wartość może mieć praca człowieka, który stworzył 220 powieści, 150 nowel, 20 utworów dramatycznych i dużo, dużo dzieł i prac innego rodzaju. Jego spuścizna jest wręcz za obfita, jakby mechaniczna i to pozwala pytać o jakość.  Miałem wrażenie, że książka jest bardzo nierówna. Niektóre części były pisane nieskładnie, jakby na kolanie. Wątki przyspieszały, zmian było za dużo i za szybko następowały. Początek drugiego tomu, opis wydarzeń z nocy kupały jest właśnie takim fałszywym tonem. Widać także błędy w tekście Krasickiego, gdzie jakby z rozpędu zapomina dodać słów i wypacza sens sceny. „Znosek syknął z bólu, a Doman się obudził” gdzie redaktor wydania uzupełnił to zdanie do brzmienia „Doman omal się nie obudził” (s. 163), bo tak wynikało z sensu sceny, a Doman obudził się rzeczywiście dopiero za chwilę. Samo porwanie Dziwy przebiega za gładko. Tak, jak i cały wątek miłości Domana do Dziwy wydaje się nie najlepiej skonstruowany.  Brakuje ciała i krwi temu tematowi, a jest on jakby stworzony na siłę. Złe wrażenie robi szczególnie gładka rozmowa Domana i Dziwy w chramie na Lednicy ( s. 247).

Są jednak i ciekawie skonstruowane momenty. Szczególnie dobrze wypada Rozdział V drugiego tomu, gdzie Chwostek oczekuje napaści . Mamy dobrze dobrane motywy budujące napięcie nawet w tak prostej książce jak „Stara baśń”. Dobre wrażenie robi też krótki wywód o przyswojeniu elementów chrześcijańskich i wtłoczenie ich w pogańskie ramy z Rozdziału VIII (s. 232).

Mimo wszystkich braków książki, co do fabuły, kompozycji i innych wynikłych już z samej koncepcji „baśni” (płaskość psychologiczna postaci, ich jednowymiarowość, proste wybory: dobro - zło) książka jest właśnie takim odkrywaniem ciemnych plam w pamięci zbiorowej. Popularność tej powieści pozwoliła ożywić wiedzę o historii, obyczajach, ale i w ogóle ożywić początki państwa polskiego i dać impuls do zgłębiania tych czasów. I jednak musi mieć jakaś wartość, skoro stała się tak popularna.

sobota, 4 lutego 2012

Henryk Sienkiewicz: "Quo Vadis"

Henryk Sienkiewicz, Quo Vadis,
Wydawnictwo Siedmioróg
Wrocław 2001

Sienkiewicz pozostaje do dziś punktem odniesienia dla grup kulturowych i politycznych. Na podstawie Sienkiewicza ludzie definiują swoją pozycję. Jedni utożsamiają go z prowincjonalnością i marnymi gustami dla wszystkich, utwierdzającymi prosty lud w bogoojczyźnianych zabobonach, inni przywołują Sienkiewicza jako składnik etosu, jako część tradycji patriotycznie nastawionej części społeczeństwa.

Jedną rzecz trudno mi zrozumieć. Gdy słyszę głosy wstydu za Sienkiewicza, jako lokalnego pisarza bazującego na podstawowych instynktach, którego człowiek światowy winien się wstydzić, to myślę sobie, jak można stosować tą miarę do autora Quo Vadis. Książka osiągnęła olbrzymi sukces na świecie, została przetłumaczona na wiele języków, na jej podstawie powstały hollywoodzkie superprodukcje, do niej odwołują się inni pisarze. To właśnie Sienkiewicz trafił w gusta świata, sprzedał historię stworzoną w naszym języku całemu światu i uzyskał za to laury choćby w postaci Nagrody Nobla. To właśnie nasi lokalni kosmopolici powinni go hołubić, jako wzór, gdyż udało mu się stworzyć dzieło będące w kanonie światowym i abstrahujące od lokalnych tematów. A jednak Sienkiewicz stał się dla tych postępowych środowisk postacią negatywną.

Konstrukcja książki jest przemyślana. Uderza ilość postaci na kartach. Gdy sporządzałem notatki podczas czytania, stworzyłem sobie sekcję bohaterów (choćby tylko wzmiankowanych przez innych), gdzie notowałem stronę, na której pojawili się wraz z ich krótkim opisem. Musiałem kilkakrotnie tworzyć nową sekcję, gdyż ilość bohaterów przerosła zaplanowane miejsce. Nie wiedząc, czy ktoś pojawił się tylko epizodycznie czy może jego rola się rozwinie notowałem wszystkich. Spisywałem imiona (i tak nie wszystkie) i miałem ich dużo ponad 150. Niektóre pojawiały się pozornie na boku, by potem stać się ważną częścią książki (np. Eunice), inni pojawiali się raz (np. wymieniona na 28 stronie Berenika, w której zakochał się Tytus, syn Wespazjana). Choć oczywiście nie ilością postaci mierzy się jakość książki, to jednak widać, że powieść jest zaplanowana.  

Sienkiewicz raczej nie nuży. Przeplata części tragiczne i poważne częściami humorystycznymi. Świetnie dobiera bohaterów, którzy rozwiązują punkty kulminacyjne wątków  pozwalają uniknąć niepotrzebnego piętrzenia emocji aż do absurdu. W Trylogii postacią humorystyczną był Zagłoba, tu taką rolę odgrywa początkowo Plaucjusz, później już tylko Chillon, którego próba wniknięcia w środowisko chrześcijan zdejmuje ze spraw religijnych urosły gdzie indziej patos. Momentami można się uśmiechnąć, czytając jak Chillon, udając chrześcijanina, rozmawia z Ursusem i zapędzając się mówi: "- Niech Ci Pluto!... To jest, chciałem powiedzieć: niech ci Chrystus przebaczy!" (s. 173) lub "Jestem kapłanem Chrystusa i biskupem. Potrzymaj nam muły, a dostaniesz moje błogosławieństwo i odpuszczenie grzechów".

Książka daje ciekawą perspektywę na chrześcijaństwo, o której łatwo zapomnieć patrząc na religię przez jej dzisiejszy charakter. Dobrze oddaje czas tworzenia się chrześcijaństwa, gdy było ono tylko jedną z wielu religii czy sekt i można ją było zestawiać z innymi religiami na równi. Jednak próbuje Sienkiewicz także, pomimo formalnego podobieństwa z innymi wyznaniami, ukazać wyjątkowość chrześcijaństwa na tle religii starożytnego Rzymu. Dobrze oddają to przemyślenia Winicjusza podczas pobytu w Ostrianum: "Winicjusz w Azji Mniejszej, w Egipcie i w samym Rzymie widział mnóstwo przeróżnych świątyń, poznał mnóstwo wyznań i słyszał mnóstwo pieśni, tu jednak dopiero po raz pierwszy ujrzał ludzi wzywających ludzi bóstwo pieśnią nie dlatego, że chcieli wypełnić jakiś ustalony rytuał, ale spod serca, z takiej prawdziwej za nim tęsknoty, jaką mogą mieć dzieci za ojcem lub matką" (s. 144).

Ciekawie pokazane są drogi rozwoju chrześcijaństwa i napięcia, które uwidoczniły się dobrze w Nowym Testamencie. Otóż od zawsze chrześcijaństwo posiada w sobie przynajmniej dwa nurty. Jeden akcentujący srogość Boga, jego krwawe poczucie sprawiedliwości i drugi, który kładzie nacisk na miłość i przebaczenie. Te dwie postawy reprezentowane są i w książce. Kryspus jest tym zwiastującym karę bożą i sąd ostateczny: „Żałujcie za grzechy wasze, albowiem chwila nadeszła, oto na nowy Babilon Pan spuści płomień niszczący. Wybiła godzina sądu, gniewu i klęski…” (s. 303) czy gdy mówi do idących na śmierć chrześcijan „Dziękujcie Zbawicielowi – mówił – że pozwala wam umrzeć taką śmiercią, jaką sam umarł. Może część win będzie wam za to odpuszczona, drżyjcie wszelako, albowiem sprawiedliwości musi stać się zadość i nie może być jednej nagrody dla dobrych i złych” (s. 397) . Miłość reprezentują w Quo Vadis apostołowie. Piotr do chrześcijan cierpiących męki mówił: „(…) nie śmierć przed wami, lecz życie, nie męki, lecz nieprzebrane rozkosze, nie łzy i jęki, lecz śpiewanie, nie niewola, lecz królowanie” (s. 352).  I choć w końcu Sienkiewicz przyznaje rację apostołom, to jednak różne nurty, często widoczne do dziś, możemy zaobserwować w powieści.

Zauważa Sienkiewicz ciekawe mechanizmy. Oto lud rzymski, który często krzyczy „chleba i igrzysk” w momencie, gdy traci domy w pożarze Rzymu przemienia swoje prośby i autor książki pokazuje „tłumy kobiet krzyczące od rana do późnej nocy: «Chleba i dachu!»” (s. 306) pokazując zmianę potrzeb w różnych momentach.

Dobrze odmalował szaleństwo Nerona. Szczególnie mocne wrażenie robią słowa cezara ze strony 274 i 5: "Dziś jest noc szczerości, więc otwieram przed tobą duszę jak przed przyjacielem i powiem Ci więcej… Czy sądzisz, że jestem ślepy lub pozbawiony rozumu? Czy myślisz, że nie wiem, iż w Rzymie wypisują na murach obelgi na mnie, że zwą mnie matkobójcą i żonobójcą… że mają mnie za potwora i okrutnika dlatego, że Tygellinus uzyskał ode mnie kilka wyroków śmierci na moich nieprzyjaciół… Tak, drogi, mają mnie za potwora i ja wiem o tym… Wmówili we mnie okrucieństwo do tego stopnia, iż ja sam zadaję sobie pytanie, czy nie jestem okrutnikiem… Ale oni nie rozumieją tego, że czyny człowieka mogą być czasem okrutne, a człowiek może nie być okrutnikiem. Ach, nikt nie uwierzy, a może i ty, mój drogi, nie uwierzysz, że chwilami, gdy muzyka kołysze moją duszę, ja czuję się tak dobry, jak dziecię w kolebce. Przysięgam ci na te gwiazdy, które nade mną świecą, że mówię szczerą prawdę: ludzie nie wiedzą, ile dobrego leży w tym sercu i jakie ja sam spostrzegam w nim skarby, gdy muzyka drzwi do nich otworzy".

Są jednak u Sienkiewicza i momenty przez które trudno przebrnąć. Opis zakochania się Ligi i Marka z końca rozdziału drugiego mógłby śmiało konkurować z romansidłami. „Zdawało jej się chwilami, że Winicjusz śpiewa jakąś pieśń dziwną, która sączy się w jej uszy, porusza w niej krew, a zarazem przejmuje serce omdleniem, strachem i jakąś niepojętą radością…” (s. 28). Tu tylko wspomnę, że gdy dzieliłem się tym spostrzeżeniem o banalności tego i innych opisów, usłyszałem tylko od kolegi, że widać, że sam nie przeżyłem takiego uczucia. Kto wie, może cała krytyka bazuje na niedoskonałościach życia osobistego.

„Quo Vadis” jest też książką o końcu pewnej epoki, o odejściu pewnej kultury i nastaniu nowych czasów. Gdy popełnia samobójstwo Petroniusz, jakby ostatni przedstawiciel rzymskich estetów, to zostają już tylko Rzymianie-błaźni i kaci i rodzący się dopiero chrześcijanie. Ciekawą wzmianką Petroniusza była wypowiedź o tym, że „Bogowie od pewnego czasu stali się tylko figurami retorycznymi” (s. 25) – być może to jest dobre podsuwanie czasów przemiany, które nastają zawsze, gdy bóg staje się figurą retoryczną.

Fascynuje mnie u autora Quo Vadis to, że żadne informacje nie pojawiają się u niego przypadkowo. Czasem tylko drobna wzmianka, okazyjny komentarz której postaci kryją za sobą pewną prawdę o epoce. Gdy czytamy w Wikipedii o Neronie, to możemy przeczytać informację, że „Niezaprzeczalną zasługą Nerona było zaprojektowanie nowego planu miasta z szerokimi ulicami, dużymi odstępami między budynkami i obowiązkiem posiadania sprzętu do gaszenia pożaru w każdej kamienicy. Tego nie było wcześniej i o tym zapomniano, widząc w tym pożarze największy, a faktycznie po prostu ostatni z wielkich, gdyż później miasto było na tego typu katastrofy lepiej przygotowane”. Ale przecież u Sienkiewicz można znaleźć tego ślad na stronie 424: „Dla uspokojenia ludu wydawano nowe rozporządzenia (…), oraz inne dotyczące szerokości ulic i materiałów z jakich należy budować, by na przyszłość uniknąć klęski ognia”. Podobnie można na stronach wolnej encyklopedii przeczytać, że Neron,  „Wychowanek Seneki Młodszego, wbrew powszechnie panującej opinii (pochodzącej od historyka Tacyta) miał duży talent poetycki i aktorski”. Sienkiewicz pisał o występie Nerona, że „ani głos, lubo nieco przyćmiony, ani wiersz nie były złe” (s. 60).

Sienkiewicza czyta się gładko, czasem za gładko i stąd wrażenie obcowania z literaturą nie najwyższych lotów. Nie przeczę. Ale jedno trzeba oddać Sienkiewiczowi. On pisał tak w sposób pełni zamierzony. To był jego wybór, by powieści były wręcz przygodowe, nasycone atrakcyjną dla ludzi fabułą, poruszające, niewymagające głębszego rozumienia sprawy, by wplatać tematykę historyczną (w innych powieściach patriotyczną). Czasem mam wrażenie, że pisarz mówi do mnie między słowami: „Ja muszę tak pisać, muszę tak koloryzować, by trafić z tym, co chcę przekazać, do jak największej liczby odbiorców”. I stąd te jego kompozycje przypominające dziś seriale familijne: wątki dla każdego i bohaterowie odpowiadający każdej grupie społecznej, tak, by każdy mógł sobie wynaleźć motywy interesujące dla siebie. Ale powtarzam – wynika to z decyzji pisarza, a nie z ograniczeń intelektualnych.





piątek, 23 grudnia 2011

Kazimierz Brandys: "Nierzeczywistość"

Kazimierz Brandys, Nierzeczywistość,
Oficyna Wydawnicza Voulmen
Warszawa (bez daty)

Rozmawiałem ostatnio z koleżanką – studentką polonistyki. Pisała właśnie pracę magisterską. Tytuł tej pracy, nie przypomnę sobie teraz dokładnie, ale brzmiał mniej więcej: „Monolog czyli słabość współczesnej powieści”. Potrzebowałem usłyszeć to zdanie, by nazwać myśli, które krążyły w mojej głowie podczas czytania książki Kazimierza Brandysa.

Książka ma formę wypowiedzi nagranej na taśmę magnetofonową. Nagranie to odpowiedź na pytania zadane w ankiecie narratorowi przy okazji jego pobytu za granicą przez zagranicznego naukowca. W zamierzeniu i powszechnym odbiorze to rozliczenie ze swoim życiem w kontekście życia w dziwnym kraju – w Polsce – tytułowej nierzeczywistości.

Książkę czytało mi się trudno, była wręcz nużąca i, mam wrażenie, podobna dziesiątkom książek pisanych jakby z potrzeby wewnętrznej, ale co do której nie przyłożono się starannie. Miałem często poczucie banału i nachalnego wyrażania swoich zastrzeżeń do owej nierzeczywistości, który tylko miała uwznioślać autora w oczach czytelnika. 

Odczuwałem częste podkreślanie perspektywy antyidiwidualnej w książce. Autor jest więc elementem większej całości, częścią tego układu, którym jest „Nierzeczywistość” i z tego mają wynikać jego cechy indywidualne. Podkreśla to bardzo pisząc, że „(…) dla siebie jest się zawsze wyjątkiem, chociaż ankiety i statystki mówią co innego” (s. 9), „przekonań nie zdobywa się samemu, lecz jakby przez zbiorowe obwąchiwanie się pod  Drzewem Wiadomości” (s. 15), „ludzie tacy jak ja żyją w każdej epoce i każdej epoce są jej szarą materią” (s. 10), a na stronie 12 wyjaśnia, że indywidualizm to złudzenie dodatkowo zabijane przez totalitaryzm. Takie zdania wypełniają praktycznie cały początek książki. 

Po tych pseudofilozoficznych rozważaniach Brandys przesuwa się w stronę krytyki Polski. Nie tylko w jej PRL-owskim wydaniu, ale w ogóle Polski jako takiej. Jestem niemal pewien, że gdyby ktoś napisał tę książkę dziś, to od ręki dostałby nagrodę NIKE. Okazuje się, że narratora „Polska dopadła, wymacała i stłukła. Leżąc słyszałem nie śpiew i nie kolędę. Słyszałem szurgot i wrzask” (s. 18) - opisując przedwojenne doświadczenia,  gdy stanął w obronie pobitego przez Wszechpolaków Żyda. 

Na stronie 20 mamy mini wykład o zaściankowości i lokalności polskiej literatury, która w przeciwieństwie choćby do rosyjskiej, francuskiej i angielskiej nie ma „autentycznych ludzkich czy między ludzkich komplikacji”. Dowiadujemy się też odnośnie do literatury, że „w polskiej bohater reprezentuje naród, a romans jest romansem z ojczyzną” (s. 20). Więc literatura polska jest taka od zawsze, nie tylko od czasów nastania komunizmu, a „przez dwieście lat jedyną żywą postacią kobiecą w polskiej literaturze był cień zmarłej dziewczynki” (s. 21). Dość zabawnie pobrzmiewa konkluzja tego wywodu, że „w wyniku takich lektur społeczeństwo przestaje znać siebie. Chwilami tylko jego samoświadomość przejawia się w autopamfletach”. Dodajmy jeszcze znaczące: „Polacy mają kompleks lokalności, wiedzą, że mówią szyfrem i że rozwiązywanie ich szyfru nie interesuje cudzoziemców” (s. 8)”. Znam dobrze te głosy i budowanie swojej pozycji poprzez pisanie o prowincjonalizmie, antysemityzmie i płytkiej literaturze w Polsce. Tak jest przez większą część książki. Choć może rzeczywiście czytając „Nierzeczywistość” można stwierdzić, że coś w tym jest, że literatura polska potrafi być prowincjonalna i płytka, szczególnie jeśli dany autor chce pokazać, że wyraźnie nie zasługuje, by być jej częścią.  

Szczególnie nie lubię domorosłego filozofowania (z którego częściowo narrator zdaje sobie sprawę tłumacząc się autorowi ankiety pod koniec książki) i nachalnej poetyzacji. Takie wywody to mądrość  i piękno podobne do nowych szat cesarza, ale posłużmy się przykładem: „Naśladowali kształty grzechów i cnót, z wieczoru na wieczór zmieniali twarze, głosy, uczynki, a w końcu dochodzili do granicy, poza którą jest wszystko i nic. Wszystko jest prawdą i nic nie jest fałszem, wszystko jest fałszem i nic nie jest prawdą” (s. 37) czy rozważania o „Naturze” i „Historii” jako głównych przeszkodach dla ludzi w dążeniu do dobra (s. 68).

Dziwne wrażenie robi też na mnie opis akcji „Rondo” (od s. 41). Jest to, jak to odbieram, wykpiwanie konspiracji i sprowadzanie jej do naiwnej zabawy. Czy jest to opis prawdziwych zdarzeń? Czy może próba stworzenia barwnego, szyderczego obrazu? Dawanie upustu chęci młodej kobiety do pracy w konspiracji, mistyfikując rzeczywistość i udając przed nią organizację brzmi niepoważnie, ale z pewnością byłby to kolejny argument do nagrody NIKE.

Zabawnie brzmi fragment o złożeniu podania o przyjęciu na członka Partii jako chęci… podkreślenia własnej niezależności (s. 74). Trudno też dojść do ładu z poglądami narratora, gdy raz czytamy, że „Zmiany w Polsce po 1945 nazwano kiedyś »łagodną rewolucją«”, która „przebudowała strukturę społeczną kraju” (s. 126) z opinią, że „istnieje pewien układ społeczny  - można by go nawet uznać za przedłużenie cech i sił społecznych w przedwojennej Polsce” (s. 131). 

Najbardziej drażnią mnie w książkach najbanalniejsze, najprostsze, a zarazem wyjątkowo nietrafne według mnie stwierdzenia o tym dobrym czasie, który właśnie mija lub ostatecznie minął. Całą litanię tego typu mamy u Brandysa  przykładowo na stronie 119: „A dookoła wszędzie uwijali się już nowi ludzie, kręcąc się wokół swoich spraw, obsiadając progi awansów i strącając z nich innych, bez skrupułów, z pracowitą żywotnością insektów. Obserwowałem, jak rodzi się w kraju typ Polaka z teczką, gotowego na wszystko za trzynastą pensję czy wyjazd zagraniczny. Duszę sprzedawano tanio i bez targów”. Są to dla mnie wypowiedzi dyskwalifikujące literata. Pokazujące jego nieumiejętność głębszej obserwacji. Gdy weźmiemy książki z różnych epok, od Platona po dzisiejsze to zawsze będziemy słyszeli o tym, jak stary, uczciwy typ ludzi wymiera, a rodzą się nowi bez zasad i kultury, chciwi pieniędzy. Takie spostrzeżenia są tymi, które najłatwiej rzucają się w oczy, ale są nieprawdziwe, a wynikają tylko, jak sądzę, z psychologicznej różnicy wieku i doświadczeń. Starsi obserwatorzy projektują nabyte wartości na innych i przypisują sobie na swój wiek młodzieńczy właśnie te cechy. Do tego dochodzi pomieszanie krytyki Polski i jej stosunków z tęsknotą i żalem z powodu ich przemijania oraz cały szereg innych niekonsekwencji i banalności. 

Jest jednak fragment książki, który podoba mi się. Jestem po wrażeniem sprawnej i trafnej analizy zmian politycznych w kraju, kolejnych przełomów, co odnajdziemy na stronie 126. Tu autor wypada autentycznie i inteligentnie. Gdyby cała książka była utrzymana w tej formie, byłaby to ciekawa lektura. Być może te wyświechtane zdania o polskich przywarach i upadku starych dobrych czasów takimi wydaje się dziś. Być może w chwili publikacji była czymś ożywczym, nowym, co zapalało umysły czytelników. Jeśli tak, to można zrozumieć, czemu ukazała się w serii Kanonu Literatury Podziemnej. Dziś jest zwykłym zapiskiem pochopnych sądów, jakich wiele się pojawia. Niczego specjalnego, poza zapisem pewnej wewnętrznej szamotaniny i usprawiedliwiania się z wyborów życiowych Brandysa, w niej nie dostrzegam.

wtorek, 11 października 2011

Paweł Jasienica: „Dwie drogi"

Paweł Jasienica, Dwie Drogi,
Państwowy Instytut Wydawniczy
Warszawa 1988

Paweł Jasienica ma w świadomości typowej polskiej wykształconej osoby rolę szczególną. Często jest on pewnym alibi nieznajomości historii. Gdy wymienimy nazwisko Jasienicy możemy usłyszeć na zasadzie odruchu zbitkę „Polska Piastów” lub „Polska Jagiellonów”. Czasem sama obecność tych książek na półce ma być komunikatem, że mamy do czynienia z osobą inteligentną. Nie wiem, czy tak jest. Ja sięgnąłem po książkę Jasienicy dotyczącą powstania 1863 roku, bo zwyczajnie czuję, że w powstaniu styczniowym są jakieś głębsze pokłady wiedzy o Polsce. To powstanie jest mało obecne w naszej świadomości. Często występuje ono jako to drugie po listopadowym. 

Impulsem do czytania na temat tego powstania była u mnie przeczytana gdzieś kiedyś informacja, czy nawet usłyszane słowa Lecha Kaczyńskiego, który mówił, że tak jak my dziś czcimy powstańców warszawskich, tak w niepodległej II RP czciło się powstańców styczniowych. Kaczyński mówił, że wtedy żyli jeszcze weterani tamtych walk, tak jak dziś żyją jeszcze powstańcy Warszawy. Potem zobaczyłem jeszcze mogiłę powstańców styczniowych na ewangelickim cmentarzu w Stawiszynie i tak sięgnąłem po pozostającą w domowej bibliotece książkę Jasienicy. 

Często lubię zaczynać te wpisy od analizy tytułu. „Dwie drogi” od razu rzuciły mi się w oczy i liczyłem na konfrontację jakiś dwóch spojrzeń na powstanie. Nie tyle dwóch spojrzeń historyków dziś, ale spojrzeń współczesnych tamtym wydarzeniom. Tego w książce zupełnie zabrakło. W eseju Jasienicy nie ma żadnych równorzędnych rozważań o koncepcjach „Białych” i „Czerwonych”. Są tylko „Czerwoni”, którym przeszkadzają kunktatorscy „Biali” i żyjący w realiach poprzednich epok margrabia Wielopolski. Potem myślałem, że tytuł może miał nawiązywać do wskazywanych przez Jasienicę dwóch sztandarowych haseł czy może celów powstania (choć nie zawsze wyrażanych przez powstańców wprost, ale wypreparowanych przez Jasienicę): niepodległość i uwłaszczenie chłopów. Ale i nie o te rzeczy chyba jednak w tytule chodziło. Sam Jasienica jakby wdał się w dyskusję z moimi wątpliwościami, gdy nagle w pierwszym akapicie posłowia napisał: „Dopuściłem się w tej książce grubej samowoli. Chodzi mi o rozbieżność tytułu i treści. Rozważania o powstaniu, trwającym cały rok 1863, urywają się na wiośnie, z czterech kwartałów roku uwzględniają właściwie tylko jeden. Sięgają za to wstecz” (s. 248). Więc i tak nie wiem, jakie dwie drogi miał Paweł Jasienica na myśli, bo cóż ma dopisek o zakresie czasowym książki do samowoli w tytule. Można też wątpić, że jakiś związek z tytułem mają słowa „dwie drogi” ze strony 164, gdzie można przeczytać: „Przechodząc do konkretnych projektów [Stefan Bobrowski – przyp. AG] twierdził, że istnieją dwie drogi postępowania. Pierwsza: Rząd Tymczasowy mocą swej władzy zwierzchniej rozwiązuje Komisję [Wykonawczą – przyp. AG], a w razie potrzeby usuwa ją siłą. Druga: członkowie dawnego Komitetu Centralnego wchodzą w skład komisji, uzyskują tam większość i z biegiem czasu przetwarzają to w »rząd regularny«”. Wątpliwe, by te rozterki z okolic 7 lutego miały tworzyć tytuł rozprawy Jasienicy.

Dziwi w książce także częsta zmiana perspektyw. Jasienica miesza ogólne rozważania o historii, syntezy o Rosji, perspektywę ucieczki saniami z Kijowa, atmosferę decydentów powstania i wreszcie wraca do oceny powstania w posłowiu. Bardzo to dużo jak na nieobszerną w sumie książkę. Jeszcze inną cechą książki jest swoista narracja, której wydarzenia przedstawiane są nie według porządku czasowego (a przynajmniej nie zawsze są tak przedstawiane), ale są podporządkowane wywodowi. Czasem jest to dość męczące i osoba nie wiedząca dużo o powstaniu łatwo może się zgubić w odsłanianiu faktów wedle potrzeby autora, z czego czasem robi się prawdziwy galimatias. Drobnym przykładem takiego podejścia niech będzie opis rodziny Stefana Bobrowskiego. Na 56 stronie możemy przeczytać, że „Tadeusz Bobrowski był (…)  - po niedawnej śmierci ojca – głową rodziny”. Na stronie 60 autor wymienia dzieci Józefa Bobrowskiego i Teofilii Biberstein-Pilchowskiej: „Oto imiona dzieci, którymi »sędziostwo« kolejno obdarzali świat: Stanisław, Tadeusz, zmarły w dzieciństwie Michał, Ewelina, Teofila (która też wcześnie rozstała się z życiem), Kazimierz oraz Stefan”. Czyli dowiadujemy się najpierw, że Tadeusz stał się głową rodziny po śmierci ojca, potem, że przed Tadeuszem był jeszcze Stanisław. Czemu nie on był głową rodziny? Pierwsza myśl, że może Stanisław zmarł przed ojcem. By dowiedzieć tego musimy dojść do strony 70, gdzie czytamy, że „w 1860 roku Stanisław Bobrowski umarł w Petersburgu w skutek niefortunnej kuracji u jakiegoś znachora”.  A przecież na stronie 61 czytaliśmy, że „Józef Bobrowski zmarł w roku 1851”. Dlaczego przez te 9 lat dzielących śmierć ojca od śmierci Stanisława to Tadeusz był głową rodziny? To wyjaśnia opis charakteru Stanisława na stronie 70. Wszystko się zgadza, ale żeby dojść tych wiadomości trzeba mieć dobrą pamięć do szczegółów i skupiać się na takich wątkach.

Nie jest to jednak problemem. Książka zdecydowanie nie jest wykładem na temat powstania, nie jest próbą opisu jakiegoś zagadnienia, ale jest głosem w dyskusji. Tylko i aż tyle. Jasienica mocno obstaje przy tezie, że powstanie głównie poprzez dekret Komitetu  Centralnego Narodowego o uwłaszeniu chłopów, utorowało drogę do niepodległości Polski. Także wyraźnie sławi dwie osoby związane z powstaniem. Ważną częścią książki jest, nie bójmy się tego słowa, hagiografia Stefana Bobrowskiego i w mniejszym stopniu Jarosława Dąbrowskiego. 

Jako że jest to głos w dyskusji często pojawiają się w książce silnie wartościujące słowa. Rażą one, gdy czytamy o czymś nowym dla nas i gdy chcielibyśmy przyswoić sobie podstawową wiedzę o powstaniu, ciekawią, gdy wsłuchujemy się w głos autora wiedząc, że przedstawia on tylko swój pogląd. Często możemy czytać opinie jak tą, że skład „wielkiej rady czerwonych” był w styczniu 1863 „najgorszy” ze wszystkich często zmieniających się (s. 129) czy, że żądania tłumu były „oczywiście słuszne” (s. 52).

Z ciekawostek, które można wyciągnąć z książki Jasienicy to wiadomość o olbrzymiej popularności lekcji prywatnych uczących się w I Gimnazjum Kijowskim. Widać więc, że korepetycje to nie jest wynalazek dzisiejszych czasów.

Zachwyt Jasienicy nad powstaniem jest tak wyraźny, że czasem razi. Gdy opisuje on rzeczywistość przedpowstaniową nie waha się nazwać Królestwa Polskiego „intelektualną pustynią” (s. 94), okres po powstaniu wydaje się być wręcz złotym wiekiem u Jasienicy, gdy przeczytamy zachwyty w posłowiu na stronie 264: „W samo dwudziestolecie powstania zaczęło się w Warszawie ukazywać Ogniem i mieczem. Niechętni powieści Sienkiewicza niech sobie przypomną, że te same czasy obdarzyły nas – oprócz Trylogii – także Placówką, Lalką, Dziurdziami oraz Nad Niemnem, a Meir Ezofowicz  wyszedł znacznie wcześniej, bo w roku 1878. Wszystkie te książki powstały w zaborze rosyjskim, w dobie ucisku”.

Ciekawe jest nazwanie Rumunii mocarstwem (s. 104) i niejasne używania słowa „Białoruś”, które staje się na stronach 115, 117 i 118 czymś więcej niż tylko określeniem geograficznym, na przykład, gdy czytamy, że o tym, że powstanie Rzeczpospolitej w dawnych granicach nie mogło wieść do wyzwolenia całego narodu białoruskiego. Czy wtedy już można było mówić o narodzie i antycypować białoruskie państwo?

Podsumowując można stwierdzić, że z pewnością warto przeczytać tę książkę, ale nie powinno traktować się jej jako źródła wiedzy o powstaniu. Podobne wnioski można chyba wysnuć o pozostałych książkach Jasienicy, które zawsze przemycają wizje autora i jego przekonanie o istnieniu „konieczności dziejowej” (s. 250). Ale w tym także urok tego barwnego historyka i polemisty.

środa, 10 sierpnia 2011

Michał Choromański: "Zazdrość i Medycyna"

Michał Choromański, Zazdrość i medycyna,
Wydawnictwo Literackie
Kraków 1994

Do tej książki postanowiłem wrócić. Czytałem ją parę lat temu zachęcony wpisem w „Dziennikach” Witolda Gombrowicza. Niestety, nie pamiętam już, co dokładnie Gombrowicz napisał o „Zazdrości i medycynie”, ani nie pamiętałem prawie nic z samej książki Choromańskiego. Kiedyś byłem zafascynowany Gombrowiczem, dziś traktuję go z dużym krytycyzmem (o czym może będzie kiedyś okazja wspomnieć na tym blogu), ale nie ma to wpływu chyba na samą ocenę Choromańskiego z tej prostej przyczyny, że do „Zazdrości…” podchodziłem jak do książki czytanej po raz pierwszy.
Na początku krótka refleksja dotycząca nazwy książki. Tytuł niewątpliwie chwytliwy, afiszowy. Dwa proste słowa, ale czy trafnie dobrane? Medycyna jest całkowicie tłem, nie treścią utworu. Owszem, wątki lekarskie, operacji są w książce żywe, ale nie stanowią jej sedna. Gdyby Tamten nie był lekarzem, a profesorem uczelni na której studiuje Rebeka, to czy tytuł książki brzmiałby „Zazdrość i nauka”? A do tego sama „Zazdrość” raczej kojarzy mi się z uczuciem negatywnym, psującym wszelkie relacje, bo chyba nieuzasadnionym. Czy Widmar, a potem i Tamten, byli zazdrośni, a może byli zwyczajnie zakochani w Rebece i chcieliby być pewni jej uczucia? Uważam, że szukając motywów do nazwania książki wskazałbym dwa elementy, które pojawiają się w książce o wiele częściej niż (nieuzasadnione) zazdrość i medycyna. O wiele trafniej nazwać książkę „Wiatr i duszności”. To wiatr występuje na niemal każdej stronie, co sprawie wręcz komiczne wrażenie, że autor uznał, że wplatając wiatr we wszelkie wydarzenia osiągnie efekt napięcia, niebezpieczeństwa, niepewności. Podobnie przedstawianie Widmara duszącego się, sapiącego, bez sił jest wyraźnie nachalne i nastawione na efekt.
Niewątpliwie ciekawie zbudowana jest narracja w książce. Z wydarzeniami zapoznajemy się towarzysząc bohaterom powieści, niejako z ich perspektywy, by krótko po tym móc czytać o tym samym fakcie, ale spoglądając przez pryzmat innej postaci. Pozwala to na ciekawe spostrzeżenie, jak bardzo fakty zależne są od percepcji poszczególnych osób. A my niejako widzimy dwa różne światy zbudowane na bazie tych samych wydarzeń.
Często mówi się o tej książce, że nosi w sobie elementy mizoginii. Kobiety nie są w niej przedstawione w dobrym świetle. Żona krawca Golda prawdopodobnie zdradziła go z jego bratem, stąd krawiec wychowuje raczej nie swojego syna skądinąd ciekawą postać książki, najbardziej tajemniczą. Córkę Golda najlepiej charakteryzują słowa: "Anielka przyglądała się tej scenie z ciekawością, nie wiedziała sama, po co skłamała, ale kłamstwo takie zawsze sprawiało jej przyjemność" (s. 30). Rebeka z pewnością także nie jest pozytywną postacią tej książki, ale o tym upewniają nas dopiero ostatnie części powieści. Rebeka o wiele bardziej jest tylko osią wydarzeń. To przez nią spoglądamy na dwóch mężczyzn, Widmara i Tamtena. Jest ona jakby pretekstem, do przyjrzenia się mężczyznom, ich życiu wewnętrznemu, a także racjonalizacji kłamstw i niewierności Rebeki. A jeśli nawet Rebeka, która jest tylko tłem książki, wydaje się osobą ciekawą, trochę nawet pociągającą femme fatale (bo poznajemy ją poprzez wyobrażenia mężczyzn), to pod koniec dzięki jej wypowiedziom widzimy w niej tylko marnego człowieka niskich lotów.
W książce możemy natknąć się na dużą ilość banałów. Wtrącenia ogólne, jakby rozważania o całości są wyraźnie słabszą stroną powieści. Aspirujące do bycia głębszymi przemyśleniami, dziwnie brzmią w uszach i przywodzą na myśl współczesne "mądrości" Paolo Coelho. Niech za przykład posłużą fragmenty: "Umysł jest pewnego rodzaju aparatem, służącym jedynie do usprawiedliwiania naszej uczuciowości. Człowiek zawiedziony w miłości potrafi zbudować nie najgorszą teorię, podnosząc do ideału każdą zawiedzioną miłość" (s. 143) oraz "Dzieci powinny być wychowywane od najwcześniejszych lat w świadomości, że są beznadziejnie samotne, lecz że uświadomienie sobie tej samotności jest ich siłą" (s. 216).
Ciekawią mnie bardzo nazwiska głównych bohaterów. W żaden sposób nie brzmią one znajomo. To nie są nazwiska, które łatwo usłyszeć można na ulicy. Niespotykane jest nazwisko Widmar, a jeszcze dziwniejsze Tamten. Czy kryje się za nimi jakiś sens, czy są jakimiś tropami? Nigdzie nie natknąłem się na taką informację, ale chciałbym poznać historię doboru nazwisk dla głównych bohaterów przez Choromańskiego.
Często w książkach występują krótkie zdania, jakieś pomysły tylko, które podobają mi się i sprawiają, że się uśmiechnę. Bardzo lubię te od niechcenia napisane wyrazy, za którymi kryje się ironia, humor, jakaś błyskotliwa myśl. Czytając "Zazdrość i medycynę" uśmiechnąłem się, gdy czytałem o Widmarze wymieniającym w głowie domniemanych kochanków Rebeki, gdy czytał tą "litanię sprośnych nazwisk", a wśród nich "doktora medycyny i szarlatanerii Kroczyńskiego" (s. 18).
Nie chciałbym zamykać dzisiejszego wpisu żadnym podsumowaniem. Książka należy w jakimś sensie do popularnych polskich powieści, cieszy się powodzeniem. Dla mnie nie jest to książka, do której chętnie wrócę, uważam, że nazywanie jej "powieścią psychologiczną" jest trochę na wyrost. Ale jednak jest coś, co dodaje jej powagi. Czas powstania, uznanie powszechne sprawia, że nie można jej zwyczajnie odłożyć na bok. Dla takich książek mam pewien wzgląd, czuję, że wymagana jest pewna wrażliwość w podejściu do niej, którą czasem się ma, a czasem nie, ale która być może jeszcze przyjdzie.