Ziemowit Szczerek, Rzeczpospolita zwycięska
Wydawnictwo Znak
Kraków 2013
Książka Ziemowita Szczerka to głos w
popularnej ostatnio dyskusji o historii alternatywnej. Jest to dziedzina z
pogranicza historii i publicystyki. Dość ryzykowna i raczej nienaukowa, bo
nieweryfikowalna. O wiele trafniej można powiedzieć, że jest to zabawa
intelektualna, pewna przyjemność umysłowa. Gdy zastanowić się, czemu takie
książki powstają, to wydaje się, że powodem ich jest chęć analizy błędów. Tak
jak w życiu – raczej zastanawiamy się, co by było, gdybyśmy nie popełnili
pewnych błędów, niż co by było, gdybyśmy zamiast trafnych decyzji popełnili
błędne. Tak samo jak w analizie
szachowej, gdzie rozważamy przecież warianty alternatywne, korzystne, a nie
zajmujemy się analizą tego, jakby partia wyglądała, gdybyśmy w danym posunięciu
popełnili błąd. Ziemowitowi Szczerkowi widać nie do końca podoba się taki
namysł na przeszłością. Postanowił on stworzyć coś na kształt przekornej wizji historii
XX wieku, antyutopii i krytyki II RP oraz, jak sądzę, III RP i Polaków w
ogólności zarazem.
Autor pisze: „Będzie to wizja
Rzeczypospolitej, której – choć na pewien czas – udało się być taką, jaką sama by
się chciała widzieć, gdyby spełniły się jej sny o idealnej sobie samej (…) (s.
9). Poza tym, że to zdanie jest źle skonstruowane (albo „jaką by się chciała
widzieć” albo „gdyby spełniły się jej sny”), to mówi nam, że ma być to wizja samej
II RP, z wewnątrz niej, co autor podkreśla bardzo mocno i bardzo często. Nie jest
książka wizją Polski historyka Szczera, tylko rozwinięciem idei snutych przez
obywateli odrodzonej Polski. Alternatywność tej opowieści ma polegać na
tym, że II RP przetrwała wojnę i należała do obozu zwycięzców. A idee wypracowane
przed 1939 miały okazję na urzeczywistnienie się.
Wnioskiem, który płynie z książki jest to,
że Polacy jako naród i II RP jako państwo są tak niesprawni, zacofani i
nieeuropejscy, że na dłuższą metę o żadnej silnej państwowości nie ma co marzyć. Nawet przy sprzyjających
okolicznościach historycznych i tanim,
niekończącym się kredycie nie powstanie nad Wisłą nic wielkiego, bo Polacy są
organicznie niezdolni do tworzenia europejskich bytów i prędzej zepsują to, co
da im (alternatywna) historia niż stworzą coś, co będzie podziwiane na świecie
(tak, to spoglądanie na Zachód jest u Szczerka bardzo silne).
Na początku myślałem, że książka podąży w
innym kierunku. Wydawało mi się, że krytyka Polski ma na celu dekonstrukcję
istniejących teraz mitów na temat wielkości II RP. Tak jakby Szczerek mówił, że
musimy pozbyć się dotychczasowych marzeń sennych po to, by mógł nam przedstawić
swoje marzenie i swoją wizję. Nie możemy budować historii alternatywnej opartej
na wyobrażeniach. Trzeba oprzeć ją na realiach, bo inaczej wyjdzie nam
nierealistyczna, cukierkowata wizja wielkiej Polski. Ale w miarę czytania zrozumiałem,
że krytyka II RP nie miała na celu dekonstrukcji mitu, by zbudować coś
alternatywnego. To raczej alternatywna historia ma służyć temu, by pokazać, że
z polskim bagażem cech nie jesteśmy w stanie przeskoczyć samych siebie, a II RP
jawi nam się jako kraj szczęśliwości tylko dlatego, że skończyła się tak nagle,
a jej propagandowe wizje dotarły do naszych czasów.
A więc, żeby rzucić garść przykładów
dekonstrukcji. Dowiadujemy się, że „Wielkim dramatem i wstydem międzywojennej
Polski była sytuacja na wsi: zacofanej, biednej i – trzeba to powiedzieć –
prymitywnej” i „wstydzono się jej strasznie” (s. 30). A miasta? „Co może
zaskakiwać, przedwojenna Warszawa – tak mitologizowana obecnie – w międzywojniu
uchodziła za nieładną” (s. 37). Do tego
dobrane cytaty mówiące o tym, że „Wilno jest puste, pokraczne i karykaturalne”
(s. 35), a Łódź ma „przerażające” statystyki ilości ludzi w mieszkaniach
jednoizbowych (s. 35). Mamy też wykład o „klasycznym polskim koszmarze drogowym”
(s. 39), o ziemiaństwie, które „darzyło mniejszą lub większą pogardą niższe
stany” (s. 46), o „biedujących robotnikach” (s. 48) i oczywiście o polskim
antysemityzmie i nacjonalizmie (s. 51 i dalsze) oraz represyjnym państwie (s.
56) z Berezą i Brześciem, w którym z opozycją też było źle, bo „histeryczna ,
ksenofobiczna i antysemicka endecja pod wodzą Romana Dmowskiego doprowadziła
debatę publiczną do stanu palpitacyjnego” (s. 61). To w skrócie zawartość rozdziału
II „Kraj, który przetrwał”. Oprócz brudnej i biednej Polski i Polaków mamy też
przecież inne narodowości w Polsce oraz sąsiadów. Możemy się dowiedzieć, że „ukraińskie
życie kulturalne i oświatowe działa sprawnie i legalne: Ukraińcy wydawali książki
i prasę, tworzyli kooperatywy i organizacje (s. 52). Dowiemy się także o
górowaniu cywilizacyjnym Czechów, Węgrów i oczywiście Niemców.
W Polsce, która wyszła bez wielkich start z
wojny dzięki działaniom innych państw (Francuzi w tej historii zaatakowali
Niemców) nie dzieje się potem zbyt dużo dobrego. W zasadzie czego się Polacy
tkną, to obraca się w ruinę. Wymarzone polskie kolonie musimy oddać, bo nie
potrafimy nimi zarządzać. Kraje nam bliskie, wszystkie po kolei, odwracają się
od nas, bo mają dość polskiego panoszenia się lub niesprawnej administracji.
Nawet wielka Warszawa jest w zasadzie przytłaczająca niedobrą architekturą. Czasami pojawiają się i elementy pozytywne (motoryzacja, lotnictwo, Sandomierz), ale giną one w nawale negatywnych przedstawień.
Myślę, że w autorze drzemie jakiś głęboki
kompleks narodowy. To częste powoływanie się na opinie innych krajów w historii
alternatywnej jest typowe dla tego kompleksu. U ludzi dotkniętych tym schorzeniem
panuje przekonanie, że coś dobrego może wyjść tylko z zatwierdzenia bądź
imitacji Zachodu. Ciekawym przykładem na moją tezę o kompleksie niższości niech
będzie rozwinięty przez autora temat polskiej kolonii – Madagaskaru. Ziemowit
Szczerek opisuje jakby z politowaniem naukę języka polskiego w polskiej
kolonii: „W malgaskich szkołach wprowadzono obowiązkowe lekcje języka
polskiego. Nieszczęśni młodzi Malgasze uczyli się dukać «Chrząszcz
brzmi w trzcinie» i śpiewać Bogurodzicę oraz zapewniać «Nie będzie
Niemiec pluł nam w twarz»” (s. 179). To rzeczywiście zabawne, żeby ktoś się
musiałby uczyć języka polskiego, tak egzotycznego i śmiesznego języka. A
łamańce językowe angielskie czy niemieckie są przecież urocze, sami uczymy się
ich na lekcjach, tylko te polskie byłyby utrapieniem.
Są też jednak w książce wątki, które mi się
podobały. Doceniam autora za poszukiwania idei i pomysłów, które gdzieś w II RP
były rozważane. Szczególnie dotyczące architektury, urbanistyki, przemysłu obronnego
i motoryzacji. To ciekawe i inspirujące. Podobało mi się przywołanie
krytycznych ocen odnośnie do aneksji Zaolzia, co akurat w tym przypadku było
dla mnie świeże i pozwoliło mi spojrzeć w nowy sposób na temat, którym
interesuję się od dawna.
Ciekawa nawet była forma książki, w której
rozważania o historii przeplatały się z narracją historii alternatywnej
wzbogaconej o pseudo cytaty znanych postaci (Wańkowicz, Witkacy, Gombrowicz, etc.).
Jednak dużym dysonansem był dla mnie ostatni rozdział, mający w zamierzeniu
autora podsumować całą książkę. Otóż autor chciał zamknąć swoją opowieść reportażem
z II RP z roku 2013. Młodzieżowa forma tego reportażu, choć de facto nie
różniąca się zasadniczo od poprzednich rozdziałów, zawierała uliczne zwroty
typu „kilka browarów i szotów później byliśmy już nieźle zrobieni” (s. 260) czy
fragmenty o „nawalonych jak działa” studentach
i turystach (s. 271) miała chyba pokazać, że daleko od dzisiejszej sytuacji
byśmy nie uciekli. Okupacja i komuna to jedno, ale przy polskim talencie do
marnotrawstwa nawet te 60 lat innych okoliczności nie zrobiłby z nas poważnego
państwa.
Autor lub wydawca popełnili też mały błąd niekonsekwencji.
Otóż na trzeciej stronie mamy informacje o książce stylizujące ją na
wydawnictwo z Polski alternatywnej. Jeden z nadruków brzmi „Federacja
Rzeczpospolitej Polskiej i Republiki Słowackiej, Kraków 2013”, a na stronie 275
mamy opis roku 2013, gdzie Bohdan Krynićki opisuje Słowację już po rozerwaniu
federacji. Inny nadruk pokazuje cenę madagaskarską w momencie, gdy Madagaskar
był już niepodległy (s. 218). Ale zrzućmy to na karb swobodnej reklamy i zabawy
formą.
Myślę, że książka znajdzie swoich fanów
wśród ludzi krytycznie nastawionych do polityki historycznej, konserwatywnych
poglądów, chcących czuć się Europejczykami i dystansującymi się od Polski.
Widać, że książka wyrosła z takich przeświadczeń, mimo że próbuje się ukryć za
obiektywizującym, krytycznym spojrzeniem na polską historię. Oczywiście, są
duże pokłady krytyki, z którymi mogę się zgodzić (np. krytyczne spojrzenie na architekturę
czy niektóre mocarstwowe tony II RP), ale z książki bije nieomal krytyka
totalna, gdzie lepsze od Polski jest wszystko, co Polską nie jest. Bardzo
dojrzale i mądrze brzmi ostatni akapit, w którym autor słowami swoich bohaterów
woła o własną wewnętrzną, oryginalną strukturę, która powinna być ambicją
kraju. Ale te mądre słowa nijak się mają to wcześniejszych treści i nastrojów
książki.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz