niedziela, 27 stycznia 2013

Juliusz Dankowski: „Jeniec Europy”

Juliusz Dankowski, Jeniec Europy 
Państwowy Instytut Wydawniczy
Warszawa 1987


Książka straconych szans. Wspaniale wybrany temat i moment. Ostatnie lata życia wielkiego Napoleona na brytyjskim zesłaniu. Sytuacja wręcz idealna, bo pokazująca Bonapartego odciętego od świata w „tym małym, okolonym oceanem i skazanym na siebie światku, na oddalonej od wszystkich kontynentów Wyspie Świętej Heleny” (s. 78). Ten moment pozwalał wypreparować bohatera ze zmieniających się okoliczności, z polityki, ze spraw międzynarodowych. Mógł zostać tylko on i problem jego godzenia się lub walki z przemijaniem życia i blasku dawnych dni. Mogło to być wspaniałe studium psychologiczne.  Niestety nie było.

Książka zaczyna się pierwszym spotkaniem Napoleona z nowym gubernatorem wyspy Hudsonem Lowe. Juliusz Dankowski próbuje nas prowadzić w świat rywalizacji gubernatora z „Jeńcem Europy”. Zdaje się, że osią książki ma być antagonizm tych dwóch postaci: wielkiego niegdyś Napoleona z panem tej wysypy gubernatorem Lowe. Jednak książka nie rozwija się w tę stronę. Sam Lowe będzie dyskredytowany już nie tylko przez nienawidzącego go Napoleona, ale przez samego autora książki, gdyż co chwila będziemy mieli do czynienia ze zdaniami potwierdzającymi opinię, że Lowe to „wysoki, kościsty drab o ryżych włosach i bokobrodach, o tępej twarzy sierżanta intendentury, o cerze wyblakłej w wojskowych kancelariach, po prostu stangret przebrany w mundur generała” (s. 21). Przez pierwszą część książki narracja utrzymuje się w kierunku rywalizacji tych dwóch „osobowości”, gdzie każdy z nich realizuje swoje plany przy jednoczesnym ciągłym deprecjonowaniu gubernatora.  Dopiero w drugiej połowie książki rola gubernatora schodzi na dalszy plan, a więcej miejsca zajmują stosunki Napoleona z jego „dworem”.  Starania Montholona, Bertranda, Gourgauda, Ciprianiego i Las Casesa powodowane miłością do cesarza, o utrzymanie jego dumy i blasku przeszłości. W końcowej fazie książki nie mamy wątpliwości o kim była ta lektura i że Lowe miał być tylko tłem, choć zbyt mocno zarysowanym w początkach książki. 

Dużą słabością książki są wątki miłosne. Zarysowane na początku nie doczekują się rozwiązania. Gourgaud kochający się w zaniedbywanej pani Montholon, adoracje pani Bertrand przez Hamiltona są wprowadzone hurtem, zaraz obok siebie w okolicach 40 strony. Tak jakby Dankowski wprowadził planszę: „czas na miłość” i odhaczył potrzebę wątku miłosnego, z którego i tak nic nie wynika poza komentarzami mieszkańców wyspy o nieobyczajnym prowadzeniu się hrabiny Bertrand. Niepotrzebne te wątki, ale nie jedyne. Są jeszcze Balmain, Fox i pasierbica Lowe’a, ale wynika z tego niewiele więcej. 

W ogóle miałem wrażenie, że Dankowskiemu zabrakło umiejętności rozwiązywania czy przeplatania wątków. Gdy nadchodził czas, gdy dany wątek się czasowo wyeksploatował autor najchętniej wprowadzał nową figurę poświęcając jej trochę miejsca, ale na tym rola danej osoby się kończyła (Piątkowski, Tristan i inni). Z pewnością można było lepiej zarysować fabułę.

Słabością książki jest postać Lowe’a. Portretowany jako „uciążliwy, małostkowy” (s. 35) o „urzędniczej umysłowości” (s. 22) co raz wypowiada zdania robiące z niego przenikliwego obserwatora, na przykład gdy dowiaduje się, że na Wyspę przybędą przedstawiciele antynapoleońskiej koalicji : „O co właściwie chodziło? O roztoczenie nad nim kontroli? Ale dlaczego? Może mocarstwa nie dowierzają Anglii, podejrzewając, że zechce ona, w dogodnym dla siebie momencie, posłużyć się Napoleonem jako atutem w grze? Bo co tu dużo mówić: eks-cesarz jest kartą, którą w pewnym układzie okoliczności można by rzucić na stół. A w każdym razie jest jeszcze kimś, kim można – dzięki trzymaniu go w swojej wyłącznie mocy – szantażować wyłącznie Burbonów” (s. 45). Jego postać jest więc budowana niekonsekwentnie. 

Wszystkie te słabości mogą wynikać z innego powodu,  który trudno mi teraz zweryfikować. Być może Dankowski, historyk amator, chciał zwyczajnie sfabularyzować dostępne wspomnienia (Las Casesa czy Gourgauda) z napoleońskiego okresu Świętej Heleny i stąd żywioł historyka zwyciężył nad Dankowskim pisarzem. 

Z ciekawostek, które pośrednio wiążą się z książką, warto zacytować fragment „Jeńca Europy” opisujący ostatnie godziny cesarza: „Napoleon leżał teraz spokojnie, wyczerpany do cna. Miały godziny. Chory nie mógł już łykać, ale oczami prosił o napój. Podano mu gąbkę zwilżoną octem” (s. 262). Zaciekawiło mnie podawanie umierającemu octu i od razu skojarzyło się z Jezusem umierającym na krzyżu, któremu jeden z żołnierzy podał także gąbkę z octem. Tylko że w przypadku Jezusa chodziło, jak mi się wydawało, o szyderstwo, a Napoleon był otoczony przyjaciółmi. A może chciano zbudować paralelę między Jezusem a Napoleonem? W sukurs przyszedł Internet i jeden z artykułów dr. hab. Macieja Kokoszka, który wyjaśnia, że ów ocet z czasów Chrystusa to rodzaj popularnego napoju mającego także lecznicze działanie.

sobota, 19 stycznia 2013

Władysław Studnicki: "System polityczny Europy a Polska"

Władysław Studnicki, System polityczny Europy a Polska
Wydawnictwo Antyk
Komorów 2010

Historyk Stanisław Żerko w wywiadzie dla Gazety Wyborczej mówi o tym germanofilu, że „nawet ambasada niemiecka w Warszawie nie traktowała [go - AG] poważnie”. Barbara Toporska mówiła o nim, cytuję za Piotrem Zychowiczem i jego „Paktem Ribbentrop-Beck”: „Krążyły setki anegdot o jego roztargnieniu. Goniły za nim zgubione kapelusze, szukały go parasole, przyniszczone teczki, stale zapomniane klucze”. Józef Mackiewicz w swoim tekście w „Kulturze” z 1965 roku przytacza: „- Panie profesorze... - Co? A, zapomniałem - odpowiadał, dotykając świecącej spinki ruchem roztargnionym, gdyż poza polityką, nie interesowały go drobiazgi. W ten sam sposób inne części garderoby nie zawsze były dopięte”. 

Oglądałem ostatnio film „Hobbit: Niezwykła podróż”. Jednym z bohaterów jest czarodziej, jeden z pięciu istniejących,  Radagast. Jest on bardzo ekscentryczny, sprawia wrażenie szalonego. Jest niechlujnym odludkiem, który jednak jako jedyny wyczuwa zbliżanie się niebezpieczeństwa w baśniowej krainie. Gdy długo zastanawiałem się, jaką rolę odgrywał w Polsce Władysław Studnicki przyszło mi obejrzeć ten film. Czy nie ma między tymi dwiema postaciami pewnych podobieństw?

„System polityczny Europy a Polska” to nie jest analiza zakończona wnioskiem. To raczej jedna wielka argumentacja na rzecz odejścia od sojuszu z Francją i przyłączenia się do bloku środkowoeuropejskiego pod przywództwem Niemiec. Argumentacja w większości rzeczowa, często drobiazgowa aż do detali ocierających się o śmieszność, czasem tylko emocjonalna bez choćby garści argumentów. Zawsze jednak uroczo tendencyjna. Ale jednak tak jak w filmie „Hobbit” Radagast wzbudził moją największą sympatię, tak czułem, że książka Studnickiego jest jakimś wewnętrznym krzykiem człowieka chcącego zmienić poglądy ludzi wiodących nasz kraj do katastrofy. Studnicki musiał być przekonany, że to, w co wierzy jest absolutnie niezbędne, że tylko przekonując ludzi odwróci niepokojący rozwój wypadków. Studnicki pisał: „Aby wystąpić przeciwko przyjętym poglądom, trzeba swe zasadnicze twierdzenia mocno uzbroić w argumenty historyczne, ekonomiczne, demograficzne, wyjść do boju z całym arsenałem dat statystycznych” (s.6). Dla niego sprawa sojuszy polski to sprawa najwyższej wagi, stąd przekonywanie rządzących to bój. Te „daty statystyczne” to ogromna część książki. Studnicki przywołuje je nie tylko jako arsenał do boju o poglądy, ale uważa, że one pokazują obiektywną sytuację. „W polityce czynnik stały posiada niezrównanie większe znaczenie, niż objawy bieżące. Ten czynnik stały usiłowaliśmy odnaleźć przez analizę historji stosunków Polski z poszczególnymi państwami. Nie stojąc na gruncie materjalizmu historycznego, uznajemy jednak doniosłe znaczenie czynnika gospodarczego dla kształtowania się stosunków politycznych między panstwami” (s. 18).

Historia nie pozwoliła zweryfikować poglądów Studnickiego. To jego oponenci, zwolennicy „egzotycznego” sojuszu z Anglią i nietrafionego ze słabą Francją, realizowali swój plan. Polska wyszła z wojny całkowicie przegrana, choć niby w obozie zwycięzców. Czarny scenariusz Studnickiego sprawdził się, swoich remediów nie był w stanie użyć, więc nigdy nie poznamy, czy miał rację.

Dla Studnickiego wszystko co dobre łączy się z Niemcami, tak jak wszystko co złe łączy się z Francją. Czasami przybiera to nawet zabawne formy, gdy Studnicki odchodzi od ulubionych przez siebie „dat statystycznych” na rzecz emocjonalnego, niby okazyjnego wychwalania wzajemnych stosunków: „W okresie wojny były momenty, że Legjony pełniły funkcję operacyjną przy armji niemieckiej, przyczem panowały najlepsze stosunki między legjonistami a wojskiem niemieckim, stosunki oparte na wzajemnym szacunku, wysokiej ocenie cnót wojennych” (s.65) czy w momencie, gdy opisuje walki z Czechami o Cieszyńskie: "Polska siła zbrojna, jakkolwiek nieliczna, lecz dobrze wyćwiczona przez Niemców t. zw. Polnische Wehrmacht odparła zwycięsko zakusy czeskie, jakkolwiek Czesi zgromadzili znaczniejszą ilość wojska i uzbrojonych Sokołów, niż Polacy" (s. 283) .

Wiele tabel gospodarczych ma świadczyć o tym, że tylko sojusz z Niemcami wchodzi w grę, bo Niemcy są dla nas naturalnym partnerem gospodarczym. Takie rozumowanie jest trafne, ale czasem bywa zabawne, gdy Studnici ilustruje to ilością sprowadzonych z Niemiec do Polski pomp i obrabiarek do drewna (s. 256) oraz gdy pisze, że „nie ulega wątpliwości, że w wywozie kur rynek niemiecki może być wykorzystany przez Polske (s. 254).  

Nawet jeśli Studnicki uważany jest za śmiesznego, nawet jeśli umiejętnie manipuluje danymi statystycznymi, to jednak ja dostrzegam w nim nauczyciela politycznego realizmu. Lubię, gdy pisze o wojnie z bolszewikami w 1920 roku: „Pomoc francuską zawdzięczamy tej okoliczności, że zniewoleni byliśmy walczyć z Rosją bolszewicką, która zawarła odrębny pokój z Niemcami, a przedewszystkim nie uznawała długów zaciągniętych we Francji. Nadzieje swe pokładała Francja nie na Polsce, lecz na armiach białych rosyjskich, carskich generałów, którzy walczyli z bolszewikami” (s. 70). Czyi Polska była potrzebna Francji do odzyskania swoich pieniędzy. Nawet jeśli to nieprawda (choć akurat francuski kapitał był najbardziej aktywny w początkach XX wieku), to jednak zwraca naszą uwagę na racjonalne, a nie emocjonalne rachuby stosunków międzynarodowych. 

Czasami Studnicki w swoich manewrach danymi zapędza się i powstają wnioski typu „wszystko świadczy przeciwko Francji”: „Przypomnijmy, że największa śmiertelność występuje u dzieci do lat 5, stąd mniejsza liczba urodzeń powoduje zmniejszoną śmiertelność; to Francja przedwojenna o minimalnej stopie urodzeń posiadała większą śmiertelność od kulturalnych krajów Europy” (s. 75). Chodzi autorowi o to, że niska stopień urodzeń pozwala nie mieć w statystykach potencjalnie najbardziej wpływającej na wyniki śmiertelności dzieci, co ma jeszcze bardziej podkreślać, że z Francją nie należy się wiązać, gdyż jest to kraj wyludniający się, a naród zdecydowanie staje się coraz mniej liczebny. Równie barwny wniosek znajdujemy na stronie 85: „Różnica wartości ludzkiego materiału Włoch i Francji będzie przesuwać się na korzyść Włoch przez cały ten czas, w którym Włochy zachowują znaczny przyrost naturalny, znaczny bowiem przyrost naturalny jest czynnikiem nietylko ilościowego wzrostu, lecz i jakościowego polepszania się ludności. (…) powinniśmy sobie uświadomić, że wybitni ludzie nie są najczęściej pierwszymi dziećmi. (…) Wśród jedynaków rozwija się egoizm – w licznych rodzeństwach altruizm i instynkt społeczny. Na demoralizację życia publicznego Francji bardzo być może wpłynął egozim, który tak często rozwija się u jedynaków”.

Cała siła Studnickiego wychodzi także w zimnych analizach geopolitycznych, a życie często przyznawało mu rację. Jako przykład: „Jest jednak kwestia, która różni Włochy i Niemcy. Kwestią tą jest anschluss t. j. połączenie Austrji z Niemcami, przedmiot naturalnego pożądania Niemiec i obawy Włoch. Lękają się one utraty Triestu, geograficznie związanego z Austrją i z południowymi Niemcami oraz zwiększonych wpływów niemieckich na Bałkanach. Ekspansja Włoch do Afryki jest ważniejsza dla nich, niż problematyczne wpływy na Bałkanach i w Europie środkowej” (s. 54). Przypomnijmy, że Studnicki wydał swoją książkę w 1935 roku i mało kto wówczas uważał, że Włochy dopuszczą do wchłonięcia Austrii przez Niemcy. Jego realizm i zdolność rozumowania na podstawie danych pozwalała także na takie trafne przepowiednie. „Za sto lat będzie istniał naród francuski, kilkadziesiąt milionów ludzi będzie się czuło Francuzami, zamieszkując historyczne terytorjum Francji, lecz będą to ludzie innej rasy, innej krwi”. 

Czując zagrożenie sowieckie Studnicki snuł plany walki z Rosją w odpowiedniej konfiguracji państw: „Z granic polsko-rosyjskich łatwiej atakować ważne centra Rosji: Petersburg, Kijów, Moskwę, niż z granic posiadłości japońsko-rosyjskich w Azji. Lecz czy Polska, nie posiadająca sprzymierzeńca w Europie, może się ważyć na ryzyko udziału w wojnie rosyjsko-japońskiej? Może – pod jednym tylko warunkiem: jeżeli będzie w przymierzu ze swym sąsiadem, z Niemcami, (…) (s. 203).

Ciekawie, krótko i spójnie pisze Studnicki o państwach bałtyckich (od s. 206), choć gdy się sprawdza pierwsze z brzegu dane z obecnie ogólnie dostępnymi, to widać, że Studnicki nimi manipuluje (np. pisząc na s. 209, że w czasach rządów Ulmanisa „cała armia łotewska nie dochodziła do 800 osób”). Wszystko ma potwierdzać tezę, że to ludność niemiecka tych terenów była elementem stabilizacji, to ona jako jedyna walczyła z bolszewikami, gdy Łotysze byli lojalnymi poddanymi władzy rosyjskiej. Sama Łotwa powstała prawie że przypadkiem. W koncepcji Studnickiego Polska jest gotowa odstąpić te tereny nawet Rosji (choć byłoby to niekorzystne) w zamian za zagwarantowanie dostępu do Libawy i uznanie Litwy za strefę wpływów Polski. Ogromna niechęć do Rosji nie wyklucza u Studnickiego porozumienia, tak jak nakazuje mu jego realizm polityczny.

Z zabawnych momentów warto jeszcze przytoczyć opinię autora o głównych postaciach światowej polityki, kiedy to, tak sobie wyobrażam, wzburzyła się w naszym publicyście krew i wyszła pasja: „ Nieszczęściem Węgier było to, że o losie ich decydował Wilson, przedstawiciel narodu niehistorycznego, nie mogący pojąć pracy wieków, która urabiała państwo. Wilson mało znał Europę, prace jego z zakresu prawa publicznego państw europejskich roją się od rażących błędów, zresztą nurtowała go już ta psychiczna choroba, która przecięła jego życie. Decydował też Lloyd George, ignorant w sprawach geografji i historji Europy. Ale największy wpływ wywierał namiętny starzec Clemenceau, w swych nerwach i zwojach mózgowych noszący nienawiść do Niemiec, Węgier, (…)” (s. 301). Choć trzeba przyznać, że system wersalski stworzony przez tych panów był daleki od pojęcia ładu. Nie sposób chyba też nie uśmiechnąć się, gdy nasz bohater pisze: „W 1931 roku Francja posiadała 1750 aparatów lotniczych, w tem 840 obserwacyjnych (…), obserwacyjne posiadały chyżość 230 km. (…)” (s. 88).

Wydaje się, że Studnickiego należy oceniać na podstawie jego książek. Czy ma to jakiś wpływ na jego osobę, że był obiektem różnych anegdot na temat roztrzepania? Raczej powinien do nas przemawiać tylko przez swoje książki i przez treści tam pokazane. Ciekawe jest też co innego. Czy dziś świat jest inny? Kto dziś próbuje nas przekonywać mając „arsenał dat statystycznych”? Wdzięczna fraza jest chyba wyżej ceniona, a przecież geopolityka powinna umieć odczytywać sytuację i dostarczać argumentów także i dziś. Czekam na Władysława Studnickiego naszych czasów.

środa, 21 listopada 2012

Piotr Zychowicz: "Pakt Ribbentrop-Beck"

Piotr Zychowicz, Pakt Ribbentrop-Beck czyli jak Polacy mogli u boku III Rzeszy pokonać Związek Sowiecki.
Dom Wydawniczy Rebis,
Poznań 2012

Na tę książkę czekałem od dawna. Pojęcie „tej książki” trzeba doprecyzować. Nie czekałem konkretnie na książkę Piotra Zychowicza, ale na książkę zajmującą się tym tematem, który wisiał gdzieś w przestrzeni od dobrych kilku lat. Pytanie „a co by było, jeśli odpowiedzielibyśmy pozytywnie na ofertę Hitlera?” było pytaniem łamiącym tabu. Zapowiadał książkę Paweł Wieczorkiewicz, mówił, że musi ją napisać Rafał Ziemkiewicz, w końcu napisał kto inny. Gdy pytałem parę lat temu pewnego historyka z belwederską profesurą o pomysłach Wieczorkiewicza, usłyszałem, że to tylko sposób na zaistnienie i efekt dziwactwa, które pod koniec życia dopadło Wieczorkiewicza. Tak więc w książce tej nie chodziło tak bardzo o treść. Mniej więcej każdy wiedział, co tam będzie. Od talentu zależało, czy będzie to zgrabne czy ciężkie. Bardziej ważne było, by ta pustka w publicystyce została zapełniona. By wreszcie można się było odwołać do książki przy dyskusjach. 

Książkę Piotra Zychowicza, mimo że nie jest on moim faworytem ( niezbyt lubię jego popularne artykuły o historii), przeczytałem jednym tchem. Co prawda początek był trudny, bo książka zaczyna się lekką, naiwną opowieścią ze zrealizowanego pozytywnego scenariusza. Przyznam, że miałem mieszane uczucia i żadnych pozytywnych oczekiwań po tym wstępie. Ale później książka rozwinęła się w krytykę rzeczywistych decyzji, podawanie przez autora argumentów, opisywanie możliwości i dyskusję z kontrargumentami. Wszystko podane przyjemnie lekko. 

W tej książce uwidacznia się też pewna zmiana w podejściu do historii, a w zasadzie przyzwolenie na coś, co kiedyś uważane było za błąd i zadanie niegodne historyka - dzieje alternatywne, rozprawy z cyklu „co by było, gdyby”. Historycy oponowali, ale gusta czytelnicze zrobiły swoje. Coraz więcej pozycji zajmuje się rozwijaniem historii po korekcie pewnych faktów. I już nie słychać tylu głosów sprzeciwu mówiących, że historia to nauka o o tym, co było. 

Swoją książką Zychowicz Ameryki nie odkrywa, ale przyczynia się bardzo, moim zdaniem, do zmiany sposób myślenia o historii, a przez to do zmiany postaw Polaków. Historia, której się uczymy w szkole, z książek jest wykładem dziejów. Nie ma czasu na dylematy i dyskusję o tym, jak można było postąpić inaczej. Odrzucenie awansów III Rzeszy jawi się nam dziś jako oczywistość, ale skutki tego były opłakane. Oczywiście, może ktoś zarzucić temu myśleniu błąd prezentyzmu, ale czy tym samym błędem nie jest mówienie o tym, że sojusz z Hitlerem byłby paktem z diabłem? Wtedy Hitler nie jawił się aż tak źle. Książki o przeszłości powinny także uczyć rozważań przed podjęciem decyzji teraz. Bo właśnie decyzyjność jest dużym problemem Polaków. Książka Zychowicza to dobry sposób na ożywienie myślenia, na rozwój wyobraźni, na twórcze obudzenie dylematów. 

Co mnie ucieszyło jeszcze w książce Zychowicza? To pozytywne zdanie i chęć tworzenia nowej książki o jednym z autorów, których cenie szczególnie – Władysławie Studnickim. Jeśli Zychowicz stworzy książkę, którą czyta się równie dobrze, to z pewnością urośnie w moich oczach.
 

wtorek, 9 października 2012

Stanisław Cat-Mackiewicz: "O jedenastej – powiada aktor – sztuka jest skończona. Polityka Józefa Becka".

Stanisław Cat-Mackiewicz, O jedenastej – powiada aktor – sztuka jest skończona. Polityka Józefa Becka.
Universitas,
Kraków 2012

Książka Becka „O jedenastej…” została napisana rok po „Historii Polski od…”. Mackiewicz jak każdy dobry publicysta grubo się powtarza. Część tez i opisów znamy już z „Historii…”. Siłą rzeczy te, które dotyczyły w pierwszej książce polityki zagranicznej i sytuacji międzynarodowej. 

Książka ma podtytuł „Polityka Józefa Becka”, choć Józefa Becka nie ma tam aż tyle. Owszem, Beck wydaje się jakby bohaterem książki dzięki początkowym i końcowym stronom książki, ale jednak „O jedenastej…” nie jest analizą polityki tego konkretnego człowieka. Nie Beck jest osią tej książki. Nie jego politykę śledzimy krok po kroku. To o wiele bardziej analiza sytuacji międzynarodowej i położenia Polski. Zwróćmy uwagę na ten pretensjonalny tytuł książki. W zasadzie nie mówi on wiele. Stawiam zakład, że gdyby poprosić kogoś o próbę analizy tytułu, to byłaby ta osoba w kropce. Zgadzam się, że w końcu możemy dojść do wniosku, że w bismarckowskim przywołaniu chodzi o Becka. To Beck ma być aktorem na scenie dziejów. Tylko aktorem, bo jego, zdaniem Mackiewicza, kompletna nieudolność sprawia, że predestynowany jest tylko i wyłącznie do nieudolnego odgrywania roli.  W tytule aktor jednak sam stwierdza, że sztuka jest już skończona. Beck z książki Mackiewicza nie byłby zdolny nawet do takiego stwierdzenia.
  
Z książki Mackiewicza Beck jawi nam się jako naiwny, nierozgarnięty, wręcz przypadkowy aktor, który w rozczulająco błędny sposób odczytuje sytuację międzynarodową. Nieważne, czy chodzi o nierozumienie, że Gdańsk jest barometrem naszych stosunków z Niemcami czy stosunek do państw środkowoeuropejskich w ostatnich miesiącach przed wybuchem wojny. Beck jawi się jako Don Kichot, który z dumą walczy i pokonuje smoki, nie widząc, że walczył tylko z drewnianymi wiatrakami. Błędny rycerz z La Manchy wzbudzał naszą sympatię, Beck z kart tej książki mógłby co najwyżej budzić złość.

Można próbować wybrać kilka ciekawych, zasadniczych tez książki. Przede wszystkim doniosła rola „Paktu czterech”:  Piłsudski chciał wojny prewencyjnej z Niemcami, ale oczywiście nie prowadzonej w pojedynkę. Francja jednak wybrała drogę lawirowania i obłaskawiania Niemiec, czego rezultatem był właśnie „Pakt czterech”. Rozmowa Wysockiego z Hitlerem znosi znaczenie tego niekorzystnego dla nas paktu. (s. 23-27). Ciekawie brzmią porównania do sytuacji Polski z lat trzydziestych do sytuacji Rzeczpospolitej z lat dziewięćdziesiątych XVIII wieku. Te same dylematy, podobny układ sił (s. 33 i dalsze). Ciekawe jest także stwierdzenie, że Anschluss był już całkowitym punktem zwrotnym w sytuacji Polski. „Po Anschlussie Polska nie była już zdolna do przeciwstawienia się Niemcom, skazana była na klęskę lub kapitulację” (s. 246).

Słabiej w książce wypadają momenty, gdy Mackiewicz porzuca swoje twarde stąpanie po ziemi, a rzuca się w wir wyobrażeń i rozważań podszytych abstrakcjami, jak w ustępach o nieprzemyślanych podstawach Ligi Narodów, gdzie w końcu pisze: „Najrealniejszym zapewnieniem wieczystego pokoju byłoby stworzenie światowej władzy centralnej” (s. 14) i dalej rozwija tę myśl.

Zaskoczyło mnie pozytywnie w tym wydaniu posłowie. Mamy tu ciekawy, polemiczny i napisany ze znawstwem tekst Stanisława Żerki. Jakże to posłowie jest inne od posłowia Czesława Brzozy z „Historii”, które przypomina raczej streszczenie z bryków dla gimnazjalistów. Oby więcej takich polemicznych podsumowań.

poniedziałek, 1 października 2012

Stanisław Cat-Mackiewicz: "Historia Polski od 11 listopada 1918 do 17 września 1939"

Stanisław Cat-Mackiewicz, Historia Polski od 11 listopada 1918 do 17 września 1939,
Universitas,
Kraków 2012

Do Stanisława Mackiewicza podchodziłem zawsze nieufnie. Głównie za sprawą dwóch powodów. Byłem i wciąż jestem pod dużym urokiem jego brata, Józefa Mackiewicza. Brat był przeciwnikiem ideowym Stanisława, a rodzeństwo nie utrzymywało przez to ze sobą kontaktu. Wnioskowałem, że skoro Józef Mackiewicz był tak złego zdania o bracie, to musi być coś w życiorysie bądź twórczości Stanisława niedobrego. Drugą rzeczą, która kazała mi omijać jego książki była późniejsza współpraca ze służbą bezpieczeństwa PRL. Niestety, nie potrafię rozdzielać twórczości od życiorysów. Do tego mogę jeszcze dodać, że zawsze dziwne wrażenie robił na mnie pseudonim literacki „Cat”, wymawiany z polska, ale odwołujący się do kota z opowiadania Kiplinga. Jakież to naiwne i dziecięce, by mieć do nazwiska dołączony pseudonim pochodzący od kota z opowiadania jako wyraz niezależności. Trudno mi było do tego podchodzić poważnie.  Oczywiście byłem świadomy miejsca, jakie zajmuje Stanisław Mackiewicz w polskiej publicystyce politycznej i wiedziałem, że dla wielu jest on wzorem. Każdy ma jednak swoje gusta i swoje powody co czytania bądź do nieczytania. 

Ale jednak dałem się skusić na Mackiewicza i zdecydowanie nie żałuję. Ale o tym później.  Jego „Historia Polski…” to zdecydowanie nie jest pozycja naukowa. Mackiewicz nie uprawia historii. Ta książka to raczej duży artykuł publicystyczny. Owszem, ma objętość książki, książką miał być w zamierzeniu, ale nie ma u Mackiewicza spójnego wykładu pretendującego do bycia pozycją naukową. Zresztą te wyjaśnienia są konieczne przez samego autora i jego decyzję o tytule. Gdyby nazwał on książkę, jak pierwotnie zamierzał: „Piłsudski i Dmowski” sprawa byłaby oczywista.

Książkę czyta się znakomicie. Autor ma lekkie pióro i pewien urok wykładania swoich zapatrywań w sposób prosty, a przy tym nie sprawiający wrażenia płytkiego. Jakkolwiek można się zgadzać lub nie zgadzać z jego hipotezami, to jednak są one przemyślane i dają ciekawą perspektywę na lata międzywojenne. Lektura potrafi sprawić , że zatracimy się w polityce lat międzywojennych i będziemy żałować, że książka się kończy.

Trochę zastanawia ilość błędów i przeinaczeń w książce. Gdybym czytał książkę bez pomocy przypisów punktujących omyłki w datach i faktach, nie zwróciłbym na to uwagi. Ale pomyłki są i dzięki wydawcy możemy wziąć poprawkę na te nieścisłości. Sam Mackiewicz broni się pisząc, że jego książki zostały w domu, a biblioteki w Londynie, gdzie „Historię Polski…” pisze, są zamknięte. Ale nie trudno jest autorowi wybaczyć. To nie daty i fakty są treścią tego eseju. Mackiewicz za swoim mistrzem (wyjątkowo szczerze i zgrabnie brzmią słowa Mackiewicza o chęci naśladowania Bainville’a) „temat swój potraktował ideologicznie, pisał o ideach, nastrojach, dążeniach społeczeństwa” (s. 10). I to się udało, bo dostajemy barwny obraz. A wybrany punkt widzenia pozwala na danie zadowalające odpowiedzi na wiele pytań.
To, co szczególnie mi się podobało w książce Mackiewicza, to jego, często stosowane, logiczne podziały, przybierające formę punktów. Przykładowo, gdy wskazuje i analizuje prawicę w Polsce, która składa się wedle jego podziału, z prawicy starej (konserwatystów) oraz z prawicy nowej (endeków). Na konserwatystów z kolei składają się: konserwatyści krakowscy, centrum galicyjskie, podolacy galicyjscy, realiści Królestwa, konserwatyści poznańscy, konserwatyści Litwy i Rusi (s. 264). Już sama ta forma podziału, uwzględniająca geografię (zabory), specyfikę tych środowisk i idee budzi moją sympatię. Nawet jeśli podział jest niepełny czy nietrafny, to jest narzędziem, dzięki któremu możemy sobie zbudować uniwersum ówczesnej sceny politycznej. A to daje nam punkt odniesienia do dalszych rozważań. Takich podziałów jest w książce więcej i to jest mocną stroną książki. 

Z książki przebija także olbrzymia słabość do Piłsudskiego, rzadziej stonowana i warunkowa ( np. „Klucz” – s. 353), częściej bezkrytyczna, a czasem wręcz naiwna i śmieszna („Rozkaz” – s. 257). Właśnie w rozdziale „Rozkaz” Mackiewicz notuje duży odlot, gdy egzaltuje się jak pensjonarka słowami rozkazu do żołnierzy po zamachu majowym. Podobny odlot do zachwytu nad sercem i talentami Marszałka pojawia się na stronie 326, gdzie czytamy: „Oto gęstwina starego parku, oto zacienione ścieżki, pokryte jesiennymi liśćmi i oto ławka drewniana nad jeziorem. Tafla spokojna jeziora, dzikie kaczki, a na drugim brzegu widać tylko trzciny, łąki i zaledwie czubek jakiejś niziutkiej strzechy. Taki widok był tu lat sześćdziesiąt, osiemdziesiąt, sto lat temu, pozostał niezmieniony, i z tej ławki pisał Piłsudski na zjazd legionistów, że w tafli jeziora… widzi oczy dziecka”. Można mu to wybaczyć, gdyż nie ukrywa swoich działań i zaangażowania po stronie Piłsudskiego. Trudniej jest wybaczyć przemilczanie jego zaangażowanie w tworzenie konstytucji kwietniowej, gdy pisze: „(…) muszę przyznać, że ze wszystkich ustrojów, które miała Polska, Konstytucja 23 kwietnia była najlepsza: lepsza od ustroju Polski w XVII i XVIII wieku, lepsza od Konstytucji 17 marca” (s. 335).

Jakkolwiek świetnie się czyta jego obraz Polski, to jednak przychodzi myśl, że jest to świetny publicysta i tylko publicysta. Mackiewicz i Wańkowicz, jakoś przychodzą mi do głowy w parze, przypominają mi wujków. Tacy wujkowie na każdej większej imprezie rodzinnej ściągają na siebie uwagę, mówią elokwentnie, czarują, poruszają tematy, które zgromadzonym młodszym domownikom wydają się szczytami wiedzy. Dobrze jest wujków posłuchać, ale jednak gdybyśmy chcieli wyznaczyć kogoś do ważnego rodzinnego zadania, do przeprowadzenia większej inwestycji, zadecydowaniu o jakieś ważnej sprawie, to czujemy, że oni się do tego nie nadają. Że ta ich wiedza ma charakter rozrywki na spotkaniu, gawędy, ale nie idzie za tym rzetelność, skrupulatność i umiejętność podejmowania decyzji. To lekkie pióra i zgrabna fraza, ale też wspomniane liczne błędy, odejmują im powagę. Ci „wujkowie” są wręcz niezbędni do wyrobienia sobie opinii na jakiś temat, ale zawodzą, gdy mają być nauczycielami czy przewodnikami politycznymi. Mackiewicz uwodzi, ale to na przykład taki Studnicki sprawia wrażenie analityka z prawdziwego zdarzenia. 

Przy okazji tego wpisu pozwolę sobie na zakończenie na jeszcze jedną, szerszą uwagę. Gdy jesteśmy wśród znajomych i, powiedzmy, ktoś jest tam bardzo otyły, to nie będziemy robić sobie żartów z otyłych osób trzecich. Popełnilibyśmy wtedy poważne faux pas. Tak samo, gdy ktoś niedawno rozbił samochód, to nie będziemy wyszydzać przy tej osobie naszego kolegi, który nie potrafi dobrze jeździć. To jasne. Nie będziemy się śmiać z czyjejś głupoty, gdy koło nas stoi ktoś, kto powszechnie uważany jest za głupca lub może mieć taki kompleks. Owszem, pozwolimy sobie na taki żart, gdy mamy pewność, że nikt nie zostanie urażony. A jak potraktować wpisy „Jędrzejewicz jest typowym półinteligentem” (s. 359). Podobne zdania można co chwilę wyczytać o Składkowskim, Becku, Mościckim, Rydzu. Otóż refleksja jest taka, że w książce takie komentarze uchodzą, bo pewnie żaden czytelnik za półinteligenta się nie uważa. Ba! Przytaknie on lub przejmie zdanie, że nasz premier Jędrzejewicz był typowym półinteligentem i będzie się tą opinią szczycił, bo nikt w swoich oczach półinteligentem nie jest. Wręcz przeciwnie: każdy będzie się miał za inteligentnego analityka.

niedziela, 9 września 2012

Alfred Wysocki: "Tajemnice dyplomatycznego sejfu"

Alfred Wysocki, Tajemnice dyplomatycznego sejfu,
Książka i Wiedza, 
Warszawa 1988

Alfred Wysocki był polskim zawodowym dyplomatą. Książka bazuje na jego wspomnieniach z dwóch placówek: z Berlina (1931 – 33) oraz Rzymu (1933 – 38). Nie są to jednak wspomnienia pisane na  gorąco. Jak dowiadujemy się z „Noty edytorskiej” Wysocki zaczął spisywać swoje wspomnienia w 1940 roku, a zakończył tworzenie ich w 1956. „Przy pisaniu Wysocki posługiwał się nie tylko własną pamięcią, ale też wieloma materiałami źródłowymi” (s. 5), co pewnie w zamierzeniu ma działać na chwałę autora i musi być jakimś niezwykłym wyczynem. Dowiadujemy się także, że materiały dotyczące jego służby od roku 1900 do czasu poselstwa w Rzymie niemal całkowicie spłonęły podczas powstania warszawskiego. Natomiast z czasów „rzymskich” zachowały się jego dokumenty („autentyczne raporty, stenogramy z rozmów, ważniejsze listy i wycinki prasowe” – s. 5) w całości. Trudno nazwać te informacje za imponujące. Chcąc nie chcąc ludzki umysł przetwarza swoje wspomnienia z perspektywy późniejszej wiedzy i opinii narosłych przez lata. Książka byłaby o wiele wartościowsza, gdybyśmy mieli do czynienia z spisywanymi na gorąco spostrzeżeniami, a nie pamięcią uzbrojoną w materiały źródłowe. 

Wysocki wspominał, czasem kusił się na analizy i szersze uwagi, jednak gros tekstu to opis codziennych rozmów i zbierania danych do raportów. Stanowisko ambasadora nie jest stanowiskiem, na którym podejmuje się kluczowe decyzje, szczególnie gdy było się ambasadorem kraju, który w polityce europejskiej raczej nie rozdawał kart. Stąd tutaj mamy często tylko opis atmosfery danych momentów, spotkań, zasłyszane anegdoty i czasem opinie. Nie są to bynajmniej, jak chciał wydawca książki, żadne tajemnice i nie trzeba było sejfu, by je pilnować. Niczego nadzwyczajnego tu nie znajdziemy, no może poza dowodami, że polska służba dyplomatyczna nie działała bezbłędnie.

Sama książka jako pozycja księgarska nie jest dziełem Wysockiego. On swoje wspomnienia sprzedał Ossolineum, a z nich książkę przygotował Wojciech Jankowerny  wybierając „około jednej trzeciej całego tekstu” (s. 6).  On podzielił wspomnienia na rozdziały i śródtytuły, jednak bez żadnego oznaczenia dat. Trudno konfrontować swoją wiedzę z tym, co się czyta, jeśli większość wydarzeń jest zawieszona w czasowej próżni, a przecież , przykładowo, o wpłynięciu torpedowca „Wicher” do Gdańska (s. 75) nie uczy się u nas w szkołach, więc nie każdy musi znać datę tych odwiedzin.  Lepiej byłoby móc konfrontować wspomnienia z wiedzą, a byłoby to o wiele łatwiejsze, gdyby odpowiednie daty jednak zaznaczyć. Tego  wyraźnie brakuje w książce. 

Mam duże wątpliwości co do opinii wygłaszanych przez Wysockiego. Z jednej strony starają się one oddać ducha tamtych czasów i nie zawierają zbyt wiele ocen ex post, ale jednak nie wierzę, że można spisać oceny paręnaście lat później i nie korygować ich w świetle późniejszej wiedzy. Stąd nie brzmią źle sformułowania typu: „Widząc oddziały brunatnych koszul maszerujące przez Kürfurstenstrasse zastanawiałem się nieraz, dokąd ci ludzie zajdą i przez jakie wertepy poprowadzi ich Führer“ (s. 77), ale czyż nie łatwiej post factum dopisywać takie wtręty? Ale to, że są to wspomnienia pisane z wieloletniej perspektywy jest oczywiste i nietajone. Mnóstwo w książce ustępów mówiących o tym wprost. Przykładowo, gdy Wysocki opisuje dojście Hitlera do władzy w styczniu 1933 roku, pisze: „Poza tym pojawił się w rządzie (…) osławiony w Polsce w czasie drugiej wojny światowej dotychczasowy bawarski minister sprawiedliwości, w rządzie zaś Hitlera minister bez teki, dr Hans Frank” (s. 86). 

Większa część książki przypada na okres, kiedy Wysocki ambasadorował w Rzymie. Gdy czyta się opisy życia dyplomatycznego świata w  stolicy Włoch można odnieść wrażenie, że Wysockiego rzucono do stolicy świata. Omawianie bieżących spraw, plotki i opinie przytaczane są w sposób tak bardzo poważny, jakbyśmy mówili o centrum decyzyjnym świata. Swoją drogą centrala MSZ powinna była mieć potężny zespół do analizy, gdy musiała bazować na tak kategorycznych przekazach. 

Jednak tą książką można się było od czasu do czasu zaciekawić, szczególnie jeśli ma się słabość do klimatu lat międzywojennych i całej ówczesnej polityki. Mimo, że większość tekstu nie jest ani ciekawym opisem życia ambasadora ani jakimiś trafnymi, ogólniejszymi uwagami, to czasem pojawiają się interesujące rzeczy. Ciekawie dla mnie brzmiały wzmianki o planach odłączenia się Bawarii „Z kilku przeprowadzonych rozmów wyniosłem przekonanie, że mimo wszelkie pozory projekty odłączenia Bawarii od Rzeszy i stworzenia odrębnych katolickich Niemiec wraz z Austrią są wprawdzie pomysłem dobrym, ale realizacja jego jest jeszcze muzyką dalekiej przyszłości” (s. 31) – są to wspomnienia z okolic 1921 roku, ale tu pojawia się, nie wiedzieć czemu, słowo „Rzesza”. Na tym tle ciekawie brzmią zapiski z września 1937 roku „Bezpośrednio potem miała miejsce herbatka w «Haus der deutsche Kunst» na 400 osób, w której wzięło udział m.in. 200 artystów zaproszonych z całej Rzeszy oraz przedstawiciele piśmiennictwa niemieckiego. Miało to na celu podkreślenie wobec gości włoskich, iż Monachium jest nie tylko stolicą partii, ale i sztuki niemieckiej” (s. 494). 

Dziś często się podkreśla antysemityzm polski przed wybuchem Wojny. W tym kontekście interesująco brzmią słowa Wysockiego: „Miałem stawić się u ministra [spraw zagranicznych Neuratha – AG] o osiemnastej, przyszedłem jednak wcześniej, bo zamówiłem się poprzednio u podsekretarza Bülowa w sprawie nowych wypadków pobicia Żydów polskich na prowincji” (s. 113).

Czytając wspomnienia Wysockiego widać wyraźnie, jak zmieniały się stosunki polsko-niemieckie. Po dojściu Hitlera do władzy następowała zmiana. Krok po kroku oczami polskiego ambasadora można zobaczyć na konkretnych przykładach, jak poprawiały się wzajemne relacje.

Ciekawie pokazuje się tu ewolucja stosunku Włoch do Niemiec. Każda średnio znająca historię osoba wie, że Włochy i III Rzesza były sojusznikami, ale już nie każdy wie, że doszło do tego praktycznie dopiero pod koniec lat 30-tych. Włochy bardzo długo starały się neutralizować Niemców i szukały zbliżenia z kunktatorskimi graczami: Anglią i Francją, by przy ich aprobacie realizować swe mocarstwowe wizje. Także długo Włochy jako jedyny kraj tak energicznie opierały się przyłączeniu Austrii do Rzeszy. Warto przypomnieć, że jeszcze w  1936 Mussolini wspominał o wojnie z Niemcami „Kiedy więc rząd ich [Niemiec – AG] ogłosił, że nie uznaje więcej demilitaryzacji zony nadreńskiej, Mussolini demonstracyjnie zarządził zwiększenie siły zbrojnej Italii i oświadczył, że jest gotów na wszystko” (s. 244). Z lektury książki Wysockiego można odnieść wrażenie, że jedną z głównych przyczyn wybuchu wojny był włoski najazd na Abisynię. Wielka Brytania forsując sankcje Ligii Narodów na Włochy (bynajmniej nie  pobudek wolnościowych) wepchnęła wręcz Włochy w ramiona swojego głównego oponenta na kontynencie. 

Książka pozostawia mieszane uczucia. Z jednej strony z opisów Wysockiego można próbować odtwarzać dynamizm ówczesnej sytuacji, ale z drugiej książka jest bezbarwna. Zarówno co do treści, jak i co do stylu. To że wspomnienia Wysockiego mogłyby się znajdować w jakimkolwiek sejfie chyba nie uwierzy nikt. Stylowi książki brak jakiekolwiek barwy, zadziorności pióra czy talentów do wykładania sprawy. Na pewno lepiej książkę przeczytać, niż jej nie czytać, ale na mojej półce eksponowanego miejsca ta książka nie zajmie.

czwartek, 28 czerwca 2012

Melchior Wańkowicz: "Ziele na kraterze"

Melchior Wańkowicz, Ziele na kraterze,
Prószyński i S-ka
Warszawa 2011

Wańkowicza odkrywam na swój sposób dopiero teraz. Babcia na półce z książkami (a nie wahała się wyrzucać książek, jeśli nie przedstawiały dla niej wyraźnej wartości) miała zawsze „Na tropach Smętka” i „Bitwę o Monte Cassino”, do której ja zaglądałem jako dziecko głownie dla fotografii żołnierzy. Moja Mama o „Zielu na kraterze” wspominała, że jako dziecko śmiała się podczas czytania bez końca. Ostatnio Krzysztof Masłoń zaliczył je do lektur arcypolskich, czyli takich, które mówią „o duchu narodowym, o duchu polskim, o dziełach, które są ducha tego wykładnią”. Do tego reedycja dzieł Wańkowicza z wszechobecnymi wzmiankami w prasie sprawiły, że poczułem, że i teraz na mnie kolej. Sięgnąłem więc po „Ziele na kraterze”.

Trudno mi pisać ten post, bo trudno czytało mi się książkę. Gdzieś wewnątrz mnie piętrzą się jeszcze myśli, że może nie wypada pisać źle o takich osobach jak Wańkowicz. Wszelkie recenzje, wszelkie opisy są zawsze jednostajnie pochwalne, a ja miałbym pisać, że książka Wańkowicza niezbyt mi się podobała? Jednak pisanie o swoich lekturach wymaga odwagi.

Sam język polski Wańkowicza jest uznawany za mistrzowski. Mi jednak czytało się tego autora trudno. Jego operowanie słowem jest charakterystyczne. Zdania często są u niego zamkniętą całością, dodatkowo bogato zdobioną. Dla mnie nazbyt bogato. By wejść w rytm „Ziela” musiałem spędzić kilka minut wczytując się w jego styl, który jednak nie spotyka się z moją wrażliwością. Czytając książkę często miałem nieodparte wrażenie, jakbym czytał poezję. Sposób budowy zdań, dobór epitetów, szyk zdania podparty odpowiednią intonacją - gdyby fragmenty książki zestawić w odpowiedniej formie, to, miałem wrażenie, wypadłby biały wiersz, jakich niemało we współczesnej poezji. Czy nie ułożyłby się w poezję akapit ze strony 335:

„Wskazany adres podawał dom odległy o kwartał.
Krystyna – już była za drzwiami.
Matka pobiegła za nią z sercem ściśniętym trwogą.
Puszczono je bez pytania do wskazanego pokoju,
dano zabrać walizę bez sprzeciwu”.

Czy fragment ze strony 164 (wybrany na chybił trafił):

„Teraz niejeden z nich ma nie tylko fizyczny, ale i moralny katzenjammer,
Jak ból po wyrwaniu zęba.
Ale zagoi się – i będzie rad,
że wyczyściło się, sypnęło, przecięło się”.

Te fragmenty pokazują także inną cechę pisarstwa Wańkowicza: wszechobecne myślniki. Musiałem przywyknąć do tego, ale długi czas nie dawało mi to spokoju. Myślniki na każdej niemal stronie i często zupełnie nieuzasadnione, bo jaki sens mają w powyższych zdaniach? 

Książka niewątpliwe zrodzona z bólu, z wielkiej osobistej tragedii – utraty córki. Czasem przychodziły mi na myśl „Treny” Kochanowskiego. Wańkowicz chciał wystawić pomnik swoim córkom, swojej rodzinie, domowi i życiu, a po części także i samemu sobie. Na zasadzie kontrastu wrażenie mogą robić pojedyncze zdania kończące poszczególne fragmenty książki. Gdy optymistyczne rozdziały, pełne anegdot i humorystycznych wtrąceń opisujących życie rodziny Wańkowicz kończą się zdaniami typu: „Album spłonął. Krysi nie ma” (s. 86). 

Mam też nieodparte wrażenie, że jest coś nieprzyzwoitego w tym epatowaniem bólem i losami córek na tle katastrofy, która dosięgła miliony Polaków w czasie wojny. Śmierci nie da się rachować i przeliczać, ale czy dziesiątki tysięcy ludzi nie doznali od losu ciosów stokroć mocniejszych? Czy nostalgia nad dostatnim przedwojennym życiem, pełnym zagranicznych wycieczek, lotów samolotem, rozmów telefonicznych, domu z windą do podawania jedzenia wprost do pokoju na piętro i wszechobecnej służby godzi się wobec tragedii ludzi, którym te rzeczy nigdy nie były dane. Wańkowicz ma tą umiejętność wyrażania swojego bólu słowami, a przez to pewnie kojenia ran. Ale czy my z uwagi na tą umiejętność mamy równie mocno płakać na tym poszczególnym losem rodziny Wańkowiczów. Za dostatnie i za frywolne były dla mnie opisy przedwojennego życia, by razem z autorem płakać nad jego utratą.  

Rodzina Wańkowiczów wydaje się z opisów idealna. Nie ma tam kłótni, nie ma złych humorów, nie ma problemów międzyludzkich. Jest dobry, ironiczny i swojski tata oraz opiekuńcza, troskliwa i pilnująca ogniska domowego mama. Jest „bohater tej książki – dom własny” (s. 125). Ten obraz jest przesadnie słodki i sprawia wrażenie stworzonego wbrew myślom o śmierci, ale przez to wyidealizowanego. A jeśli takiego, to w jakiejś części nieszczerego i nieprawdziwego, niedającego prawdy o życiu. Wańkowicz pisze: „Ale ta moja książka przecież jest – wesoła. Przecież ta książka jest dla mamuś i dla tych, którzy mieli dzieci, i tych, którzy byli dziećmi. Ta książka jest po to, żeby złożyli samotne ręce stwardniałe od pracy i przypomnieli. Ta książka przeprasza, że co pewien czas rozdzierają się jej pogodne na razie karty” (s. 80). Za słodkie to dla mnie i za sentymentalne. Życie Wańkowiczów to sielanka, nierzeczywista idylla, którą da się czytać tylko wiedząc o nieuchronnej zagładzie te świata.

Podobały mi się w książce anegdoty. O tym jak w czasie przewrotu majowego wojska postrzeliły „ciekawą panienkę” (s. 102) czy o przekraczaniu granicy z Litwą przed normalizacją stosunków (s. 103). Ciekawe były także wątki erudycyjne: jak, skąd wiadomo, że Bohun miał na imię Jerzy (s. 79) czy to, że szyszynka to pozostałość po trzecim oku (s. 122). Ciekawe historyczne przywołania o złej polityce II RP w stosunku do mniejszości narodowych (s. 212) czy o zdradzie zachodnich aliantów w stosunku do wyzwolonych jeńców Rosjan (s. 282).

Dla mnie, o ironio, najciekawszy fragment książki zaczął się wtedy, gdy dziewczynki wyjechały na wakacje i w toku opowiadania zrobiło się miejsce na „Uniwersyteckie wspominki”  (s. 258) wraz z ciekawym opisem, jak budować zainteresowanie Polską (s. 263).

Cieszyłem się, gdy dotarłem do końca książki. Warto poznać i inne dzieła Wańkowicza, by móc ocenić jego twórczość. „Ziele na kraterze” jest lekturą szkolną i chyba to dobry wybór, bo wtedy można się książką bawić, tak jak śmiała się z anegdot moja mama będąc dzieckiem. Jednak dojrzałość dorosłego człowieka, męskie zainteresowania mogą nie współgrać z sentymentalnym opisem przeszłości.