piątek, 6 września 2013

Sergiusz Piasecki: „Kochanek Wielkiej Niedźwiedzicy”


Sergiusz Piasecki, Kochanek Wielkiej Niedźwiedzicy
Towarzystwo Wydawnicze „Graf”
Gdańsk 1989

Sergiusz Piasecki przeleciał ostatnio jak meteoryt przez polskie media. Przez chwilę było go dużo w prawicowych tygodniach i serwisach internetowych. Przypomniano jego postać i jakby podkreślano jego rolę „anty Miłosza”. Przypomniano jego list („Były poputczik Miłosz”) oraz życie przy okazji książki o jego żonie, która wcześniej była związana z Miłoszem. To on, awanturnik, przestępca, żołnierz o tajemniczej służbie i były przemytnik miał być tym, który widział sprawy zaplątania się w komunizm i pokrętne tłumaczenia się prosto i potrafił je nazwać. To wszystko sprawiło, że przypomniałem sobie o „Kochanku wielkiej niedźwiedzicy” czekającym na swoją kolej na mojej półce. 

Pierwsze, co rzuciło mi się w oczy, to… znowu Wańkowicz. Jest on autorem przedmowy do książki i wykorzystuje te kilka strona dla siebie dając próbkę swojego nachalnego i momentami nieznośnego stylu. Wańkowicz nawet przy czyjejś książce chce czuć się gwiazdą, a dodatkowo tu być patronem początkującego literata. W swojej przedmowie potrafi ukazać wszystkie swoje cechy, a więc także niedokładność, lekki stosunek do faktów i łatwość ich przeinaczania, jeśli potrzebuje tego fraza. Pisze Wańkowicz, przykładowo,: „[Władek] idzie pożegnać się z Mogiłą, miejscem w którym koledzy znaleźli go kiedyś zemdlonego bez sił, gdy uciekł z więzień sowieckich. Miało tam ukazywać się widmo, sam widział parokrotnie biały cień. Cień jest i teraz. To córka zabitego w tym miejscu przy przechodzeniu granicy oficera rosyjskiego. Żegnają się” (s. 8). A przecież to było inaczej. Władek zdecydował „porzucić granicę”, po drodze wstąpił jeszcze to restauracji Ginty, a wracając koło Mogiły chciał rzeczywiście zobaczyć miejsce w którym leżał i rzeczywiście wcześniej widywał tam biało widmo, rzekomo córkę oficera, ale dziś widmo było ciemne. Okazało się, że to dziewczyna jego kolegi. „ - Słyszałem legendę o widmie, które zjawia się w pobliżu tego miejsca… Widziałem je na własne oczy… / - Co pan widział? / – Bezkształtną białą plamę, która wciąż poruszała się w różnych kierunkach… To unosiła się, to opadała w dół…  / Na twarzy dziewczyny zjawił się lekki uśmiech. / - To nie było widmo. To była Muszka. Pies gospodarza, u którego mieszkam” (s. 267). 

„Kochanek…” to nie jest wielka literatura. Tworzona przez skazanego w więzieniu, który poczuł potrzebę pisania, który uczył się języka literackiego chwilę przedtem i który chciał opisać swoje życie przemytnika. Odniosłem wrażenie, że w Piaseckim żyła chęć ukazania tego mikrokosmosu pogranicza jako swoistego magicznego świata, który na jego oczach się skończył. Chciał stworzyć coś na kształt opowieści o ostatnich fartowcach, czyli prawdziwych przemytnikach, których świat umarł pod naporem powstańców, czyli przemytników nowicjuszy nieuznających tradycyjnych zasad. Ale wyszło to trochę niedojrzale. Bo o ile sam opis życia i historii z granicy jest ciekawy, to już samo postępowanie bohatera, jego zasadzki na powstańców w imię pomszczenia starych druhów mają cechy prostych odruchów z groteskowym uzasadnieniem. Podobnie naiwny jest opis rozczarowania Wilnem, owym „dużym miastem”, które pod płaszczem blichtru ma być bardziej złe od przemytniczej granicy. „- To wszystko zaczyna mnie nudzić. Zbrzydły mi i pijatyki, i kłamiący ludzie, i miasto, w którym prawdę się przemyca przez wiele kordonów – jak my towar! Tu wszystko sztuczne, lśniące i bardzo skomplikowane, lecz pod tym się kryją zwykle brudy i brak treści… Tam żyłem pełniej. Tam ludzie są szczerzy i pod lichą powłoką słów wyrażają złote myśli, a w piersiach mają żywe uczucia i gorące serca. Tu – ani jednej szczerej myśli, ani jednego szczerego słowa” (s. 235). 

Książka wyraża sposób postrzegania świata przez prostego przemytnika, a tylko z rzadka pojawiają się jakieś myśli, które będą potem charakteryzować Piaseckiego. Przykładowo, gdy bohater książki został aresztowany przez czerwonoarmistów odzywa się do nich: „Kajdany znieściliście, a skórę zdzieracie!” (s. 92). 

Czego w książce brakuje? Dwóch rzeczy przede wszystkim. Nie ma wątku, który musiał być w życiu autora, a który jest wyraźnie przemilczany. To kokaina od której Piasecki był uzależniony. W powieści spirytus leje się strumieniami, narkotyki występują jednak tylko raz, choć znacząco. „Tak. Trudny i niebezpieczny jest zawód przemytnika! Lecz czułem, że porzucić go byłoby mi trudno. Przyciąga mnie jak kokaina…” (s. 76). Nie ma też wielu słów, które paść musiały. Otóż trudno sobie wyobrazić, by przemytnicy zabijający ludzi, pijący na umór, chodzący do burdeli przeklinali w tak grzeczny sposób. Sprawia to komiczne wrażenie, szczególnie gdy maksymalna złość wyraża się w ten sposób: „Trzyyymaj fartowców, żyganów, chojraków, blatniaków, szubrawców, cwaniaków!...”. I może jeszcze warto dodać, że nie jest to przemyślana literatura. Wiele wątków, np. kobiecych (Bombina), nie zostaje rozwiązanych. Widać, że książka była pisana pod wpływem impulsów, przeżyć, zdarzeń, a nie z myślą stworzenia dzieła.
Ciekawie jest jednak obserwować życie pogranicza II RP. Nastroje, codzienne sprawy, oczekiwania i przemiany. Nie ma dostępu do książki wielka polityka, a widzimy świat oczami prostych ludzi. Widać granicę z bolszewicką Rosją i to jaki świat się wykreował na Wschodzie, gdzie wzięciem cieszyły się przemycane igły, a sposób wyprawiania skórek był tak marny, że niewyprawione po zachodniej stronie miały większą wartość. Ciekawe jest to, że Bolek Kometa zarządził Antoniemu, by ten zagrał w knajpie „Na sopkach Mandżurii” (s. 59), czyli utwór, który królował w Rosji w okolicach 1904 roku, gdy przygrywał żołnierzom wyruszającym z entuzjazmem na wojnę z Japonią.  

sobota, 13 lipca 2013

Melchior Wańkowicz: "Drogą do Urzędowa"

Melchior Wańkowicz, Drogą do Urzędowa
Wydawnictwo Polonia
Warszawa 1989

Dużo czasu minęło od mojego ostatniego wpisu. Przez cały ten czas jednak zawsze pod ręką miałem Wańkowicza. „Drogą do Urzędowa” tak się sfatygowało przez ten okres, że nie przypomina już wydania, które wkładałem do plecaka po raz pierwszy. W zasadzie to, że czytałem je tak długo jest dowodem na to, że książka nie jest, jako całość, tak porywająca, by nie spać przez nią nocami, nie jest jednak słaba na tyle, by odłożyć ją z powrotem  na półkę. „Drogą do urzędowa” było pierwszą książką w moim życiu przez którą się na coś spóźniłem. Siedziałem na przystanku czekając na autobus do pracy, wyciągnąłem książkę i po jakimś czasie już tylko widziałem tył uciekającego mi autobusu. Są tu bowiem fragmenty, które nie pozwalają się oderwać. Jest ich jednak stanowczo za mało. O tym jednak jeszcze później. 

Już kiedyś pisałem o języku Wańkowicza: jest on specyficzny. By dokładnie rozumieć treść, sens i melodię pisarstwa autora „Sztafety”, trzeba czytać go wolno, jakby w myślach wypowiadać każde słowo. Gdy zapomni się o tej technice, wątek ucieka od razu. Trzeba więc wracać do momentu, gdy myśl czytelnika poszybowała gdzieś lub zgodzić się na to, że czytamy bez rozumienia. 

Powiedzenie, że książka jest nierówna nie oddawałoby całej prawdy. Nierówną książką nazwę taką, gdzie są fragmenty zdecydowanie dobre i zdecydowanie słabe. Wańkowicz jednak dokonał czegoś jakby kolażu. Różne narracje przeplatają się w tej książce, by tworzyć coś na kształt „epopei” polskości w latach II wojny światowej. Słowo „epopeja” celowo umieściłem w cudzysłowie. Uważam bowiem, że taki był zamysł autora i uważam też, że niestety nie udał się on. W książce mamy bowiem zbyt różne tony, zbyt często przechodzimy od opisów podniosłych, bohaterskich i tragicznych zarazem do opisów komicznych w stylu przygód Franka Dolasa. Książka (celowo) nie trzyma stylu i nastroju. I to, co świetnie się sprawdza na przykład u Sienkiewicza, zupełnie nie sprawdza się u Wańkowicza. 

Z łatwością można poznać, że autor hojnie obdziela swoimi przeżyciami bohaterów książki. Najwięcej z Wańkowicza znajdziemy w postaci Haukego. Za przykład niech służy znany epizod, który w książce brzmi tak: „Nagle z radia polała się polska mowa. Natrząsał się sprzedawczyk Ołpiński ze stacji Wrocław: - Dowiadujemy się, że znakomity Hans Hauke, renegat niemiecki, który tumanił Polaków dorabiając się na tanim patriotyzmie, czmycha za rządem polskim do granicy rumuńskiej, ale Wodan go krokiem Gänsepromenade dojdzie i weźmie za piękną brodę“ (s. 56). Oczywiście „Gänsepromenade” odgrywa tutaj rolę „Tropami Smętka”, a cała historia to opis sytuacji, gdy Wańkowicz włączył radio i usłyszał, że Niemcy go „tropami Smętka dopadną”. Ale i inne postaci mają cechy Wańkowicza, przykładem niech będzie Achilles Jagiełło podczas przekraczania granicy rumuńskiej w Zaleszczykach: „Małej figurce Achillsea, dźwigającej ciężką walizę i maszynę do pisania nad głową, woda już dochodziła do piersi” (s. 67). To także znany epizod z życia Wańkowicza, gdy ten przekraczał Dniestr we wrześniu tylko z maszyną do pisania nad głową. 

Gdy pisałem powyżej, że książka nie trzyma stylu, że raz jest podniosła, potem ma intencje komediowe, to miałem także na myśli momenty, gdy Wańkowicz przywołuje rubaszne rozmowy, często odwołujące się do mało wybrednych anegdot i wtrętów typu: „Stary gospodarz skarży się, że traci słuch, bo jak rano wstaje, to nie słyszy jak p…dzi. Doktor zapisuje mi kminku wiatropędnego. «Słyszeć lepiej nie będziecie, ale będziecie głośniej p…ć»”. (s. 29). Takich momentów jest więcej i twierdzę, że źle robią one opisom męczeństwa Polaków na Syberii czy opisie walk żołnierzy wyklętych. 

Książka Wańkowicza to poniekąd, a przynajmniej w zamierzeniu, epopeja narodu polskiego w czasie II wojny światowej. Przywołuje Wańkowicz różne, niezmiernie ważne epizody. Mamy więc opis mobilizacji, potem Wrzesień z 17 września i ucieczkę przez Zbrucz do Rumunii. Są oddziały leśne, przejmujący opis zesłańców na Syberii, są wzmiankowane mordy katyńskie i jest Bydgoszcz. Mamy też obrazy z niemieckich więzień i oflagi, aż wreszcie szlak polskich żołnierzy na Bliskim Wschodzie. Opisem Sybiru Wańkowicz wznosi się na wyżyny dając obraz polskich losów, ale ten zgromadzony kapitał łatwo trwoni żartami o wspomnianym „pierdnięciu” (s. 29) „łajnie” (s. 115), „nosie w dupie”(s. 67) i przygodach w latrynie (s. 303). I nawet jeśli przywołamy tą oczywistą prawdę, że życie nie było tylko patetyczne, to jednak w literaturze nie trzeba aż tak mieszać gatunków, bo wychodzi z tego całość nieznośna. 

Wańkowicz ma swój specyficzny styl. Uważam, że często odrobinę nadto udziwniony, ale czasem też błyskotliwy i trafny. Wańkowicz gra słowami, modeluje znaczenia, przywołuje zapomniane wyrazy. Widać, że lubi bawić się frazą, a jak mu jakaś się spodoba, to lubi ją powtórzyć w różnych konfiguracjach. Przykładowo pisząc o młodej polskiej inteligencji z awansu użył sformułowania „Kopnął się do ładowania tego głupiego łba nienażartym głodem pokoleń, jałowo kalkulujących (…)” (s. 87), by na stronie 113 napisać „rozbudził w swej nieuporządkowanej (…) głowie nienasycone pragnienie ugorujących pokoleń”.

Podoba mi się przeciwstawienie w książce polskiego, prowincjonalnego, ze wszystkimi swoimi wadami, ale jednak przyzwoitego owego „Urzędowa” klasie ludzi uprzywilejowanych, karierowiczów, „Drystali” i nosicieli „kundlizmu”.

Wybornie udała się Wańkowiczowie para doktor Lewin i ksiądz Wróbel. Tworzyli oni wspaniały duet, który dodawał blasku książce, a ja sam wyczekiwałem na fragmenty książki z ich perypetiami. Ich złośliwości, zmiany postaw, próby odnajdowania się w nowej sytuacji były ozdobą książki. Przy nich też najczęściej wybuchałem szczerym śmiechem, a przykładem niech będzie fragment, gdy prowincjonalny ksiądz Wróbel udał się do Grobu Pańskiego pełen wyobrażeń rodem z szopek bożonarodzeniowych w wiejskich kościołach, a na miejscu przeżył głębokie rozczarowanie. „Zaraz u wejścia w kruchcie zgorszył się tapczanem, na którym wylegiwała się rodzina mahometańskich Arabów, na skutek odwiecznych przywilejów mająca serwituty na świątynie. Wewnątrz zaś ogromne, brodate popy prawosławne, czarne koptyjskie małpoludy i inna zbieranina współgospodarząca w Miejscu Świętym, zgorszyła do reszty wikarego z Zaleszczyk” (s. 223). 

Duże wrażenie zrobiły na mnie opisy dotyczące naszych generałów i ich wyraźnych wad. Wańkowicz przytacza w książce fragmenty swoich rozmów z Śmigłym-Rydzem w Rumunii, gdzie ten stwierdza: „Muszę przyznać (…) że nie doceniałem aż tak dalece znaczenia broni pancernej – pomilczał – gdyby to taka wojna jak w 1920, to moglibyśmy się opierać” (s. 155). Pisząc o reszcie naszych wojskowych w Rumuni: „Nic nie wiedzą, co się dzieje na świecie, nic nie wiedzą nawet o ocenach minionej kampanii. Kioski w Rumunii są zawalone dziełem Feldzug in Polen, obficie dokumentowanymi szkicami; w odległym o dwadzieścia kilometrów Kimpolungu, do którego jeżdżą kąpać się i do fryzjera, leżą te książki na wystawie – ale oni nic o tym nie wiedzą” (s. 156). 

Przemawiają do mnie słowa Wańkowicza do żony, które cytowane są w przedmowie Aleksandra Ziółkowskiego i z którymi się zgadzam całkowicie: „Przed nam dwie trudności: czy moje pisarstwo co warte i czy wyżyjemy. O pierwszym pisać nie chcę – zbyt głęboko się zżymam omal jednomyślnym wyrokiem ludzkim. Ale poza dyskusją, że to co robię ma wielki walor. Wysłowić się umiem. Nawet człowiek średnio zdolny przy tej pracy i tym uporze w pisaniu, przy tym materiale, który zbiera o losie polskim w następstwie nieistniejących biur historycznych  - spełniłby wielkie zadanie” (s. 14).  

środa, 20 marca 2013

Stefan Żeromski: „Dzieje grzechu”

Stefan Żeromski, Dzieje grzechu
Czytelnik
Warszawa 1991


Książka Żeromskiego to pierwsza lektura od dawna, przy której nie robiłem żadnych notatek. Nie zamierzałem tego, a wyszło to naturalnie. Jak zwykle zacząłem czytać wyposażony w stary zeszyt i długopis i czekałem na jakieś spostrzeżenie. Po kilkudziesięciu stronach pierwsza z kartek przeznaczonych na „Dzieje grzechu” wciąż pozostawała prawie pusta. Zwyczajnie nic godnego uwagi w związku z książką nie przyszło mi do głowy. W końcu nie zabierałem z sobą już zeszytu. 

Czytało się z początku Żeromskiego trudno, mozolnie i pewnie gdyby nie nazwisko, odłożyłbym książkę na półkę. Banalne romansidło pisane żałosnym językiem i z hiperbanalnymi porównaniami. „Byli w takich chwilach oboje jak wędrowcy, co się w nocy piorunowej spotykają twarzą w twarz i oblicza swe, z nagła wytrysłe z przepaści nocnej, widzą wśród błyskawic. Radość! Życie!” (tom 1, s. 79). Opisy stanów uczuć i przemyśleń były naiwne, niedojrzałe, dziecięce. Zacząłem się zastanawiać, skąd u Żeromskiego takie dziwadło. Co się stało wielkiemu pisarzowi, że wydał takie głupoty. Myślałem, że może postanowił sobie udowodnić, że jest w stanie napisać także i banalny romans, tak jak Umberto Eco postanowił napisać idealny kryminał. Potem przyszła myśl, że może to taki żart, zabawa z czytelnikiem i wyszydzanie romansideł pospołu. Trwałem jednak w postanowieniu przeczytania książki. Bywały momenty, że potrafiłem się wciągnąć w egzaltacje Ewy i Łukasza i z zaciekawieniem czytałem, jak próbują przezwyciężyć społeczne przeszkody na drodze do swej miłości. Widać do wszystkiego można przywyknąć. No i magia nazwiska Żeromski – można nie lubić jego książki, ale przeczytać warto. Pewną odskocznią, jakby momentem, żeby nabrać powietrza do dalszego nurkowania w treści była cyniczna, zgryźliwa, ale wesoła i błyskotliwa postać Horsta. Gdyby nawet ktoś obcy nie znał nazwiska Żeromski, to rozmowy z udziałem Horsta musiały stworzyć poczucie, że nie mamy tu do czynienia z twórcą prozy kuchennej.  

Aż nagle książka zaczęła się zmieniać. Język stopniowo tracił swą nieznośną manierę, stawał się coraz bardziej wyważony, stonowany, analityczny, bez bombastycznych wtrąceń. Stawało się to stopniowo, krok za krokiem. Aż w końcu zrozumiałem, że język powieści był ścisłym odbiciem jakby poziomu świadomości Ewy. Książka w swych pierwszych stu pięćdziesięciu stronach oddawała sposób widzenia świata przez młodziutką, naiwną pannę, której rytm dnia wybijały skrupulatna praca, kościół i domowe stosunki. Wraz z oddalaniem się od tego życia i stopniową przemianą, aż wreszcie upadkiem Ewy zmieniał się także nie tylko sposób mówienia Ewy, ale i styl narracji. „Ewa siedziała przez czas pewien, patrząc bezmyślnie w żar lampki elektrycznej. Bawiła ją ta przygoda i radowała nadzieja snu. W hotelu i za murami panowała zupełna cisza” (tom 2, s. 76). Żeromski zgrabnie poprowadził frazę dając jakby nowy wymiar powieści, odczytywanie nastroju przez język nie tylko bohaterów, ale całej narracji. Zrozumienie tego zabiegu pozwoliło z zachwytem spojrzeć na pierwsze strony powieści, docenić zamysł i wykonanie tego pomysłu. 

Ale były też w sposobie prowadzenia powieści tony fałszywe. Świadomość Ewy zmieniała się dosłownie „stopniowo”. Właśnie stopnie schodów przyszły mi do głowy, gdy chciałem nazwać słabości fabuły. Powierzchnia schodów składa się z poziomego stopnia pewnej długości i nagłego spadku do poziomu niższego stopnia. Nie ma miękkiego, płynnego, dłuższego przejścia. Tak samo uczucia Ewy długo błądzą wokół jakiś myśli, nie zmieniają się co do treści, trwają w swoich opisach, aż nagle coś się zmienia radykalnie i już to tylko jest przedmiotem długich opisów, szczególnie w pierwszej części książki. Tak było na przykład z zakochaniem się Ewy w Łukaszu. Długo nie działo się nic, trwali wokół siebie, poznawali się, aż nagle stało się, że są w sobie ogromnie zakochani. Stało się to szybko, wręcz niezauważenie, jak zejście z jednego stopnia na drugi. Inną słabością fabuły było pojawienie się kilka razy rozwiązania fabuły na skróty. Żeromski znajdował jakiś sposób, który za łatwo pozwalał mu posunąć fabułę do zamierzonego punktu. Takim deus ex machina jest na przykład wszystkowiedzący Pochroń czy pieniądze wygrywane w kasynie. 

Żeromski, jakiego oczekujemy, pojawia się w pełnej krasie, gdy Bodzanta tłumaczy Malinowskiemu zasady działania Majdanu. To jest jakby inny świat, kilka dobrych stron na marginesie, poza powieścią, ale tu pojawia się pozytywistyczna wizja i jej totalny upadek zderzony z rzeczywistością polskiego chłopa. 

Ta książka mówi też trochę o polskiej szkole. Dostałem „Dzieje grzechu” do przeczytania od bliskiej mi osoby. Dla niej była to nagroda za „wzorowe zachowanie i bardzo dobre wyniki w nauce” w siódmej klasie podstawówki. To czy taka książka jest właściwa dla uczniów podstawówki zostawiam otwarte, ale zastanawiające jest to, że dzieci dostawały książkę z reprodukcją jednego z aktów Egona Schiele, na którym kobieta eksponuje włosy łonowe i pierś podwijając długą suknię.
 

niedziela, 27 stycznia 2013

Juliusz Dankowski: „Jeniec Europy”

Juliusz Dankowski, Jeniec Europy 
Państwowy Instytut Wydawniczy
Warszawa 1987


Książka straconych szans. Wspaniale wybrany temat i moment. Ostatnie lata życia wielkiego Napoleona na brytyjskim zesłaniu. Sytuacja wręcz idealna, bo pokazująca Bonapartego odciętego od świata w „tym małym, okolonym oceanem i skazanym na siebie światku, na oddalonej od wszystkich kontynentów Wyspie Świętej Heleny” (s. 78). Ten moment pozwalał wypreparować bohatera ze zmieniających się okoliczności, z polityki, ze spraw międzynarodowych. Mógł zostać tylko on i problem jego godzenia się lub walki z przemijaniem życia i blasku dawnych dni. Mogło to być wspaniałe studium psychologiczne.  Niestety nie było.

Książka zaczyna się pierwszym spotkaniem Napoleona z nowym gubernatorem wyspy Hudsonem Lowe. Juliusz Dankowski próbuje nas prowadzić w świat rywalizacji gubernatora z „Jeńcem Europy”. Zdaje się, że osią książki ma być antagonizm tych dwóch postaci: wielkiego niegdyś Napoleona z panem tej wysypy gubernatorem Lowe. Jednak książka nie rozwija się w tę stronę. Sam Lowe będzie dyskredytowany już nie tylko przez nienawidzącego go Napoleona, ale przez samego autora książki, gdyż co chwila będziemy mieli do czynienia ze zdaniami potwierdzającymi opinię, że Lowe to „wysoki, kościsty drab o ryżych włosach i bokobrodach, o tępej twarzy sierżanta intendentury, o cerze wyblakłej w wojskowych kancelariach, po prostu stangret przebrany w mundur generała” (s. 21). Przez pierwszą część książki narracja utrzymuje się w kierunku rywalizacji tych dwóch „osobowości”, gdzie każdy z nich realizuje swoje plany przy jednoczesnym ciągłym deprecjonowaniu gubernatora.  Dopiero w drugiej połowie książki rola gubernatora schodzi na dalszy plan, a więcej miejsca zajmują stosunki Napoleona z jego „dworem”.  Starania Montholona, Bertranda, Gourgauda, Ciprianiego i Las Casesa powodowane miłością do cesarza, o utrzymanie jego dumy i blasku przeszłości. W końcowej fazie książki nie mamy wątpliwości o kim była ta lektura i że Lowe miał być tylko tłem, choć zbyt mocno zarysowanym w początkach książki. 

Dużą słabością książki są wątki miłosne. Zarysowane na początku nie doczekują się rozwiązania. Gourgaud kochający się w zaniedbywanej pani Montholon, adoracje pani Bertrand przez Hamiltona są wprowadzone hurtem, zaraz obok siebie w okolicach 40 strony. Tak jakby Dankowski wprowadził planszę: „czas na miłość” i odhaczył potrzebę wątku miłosnego, z którego i tak nic nie wynika poza komentarzami mieszkańców wyspy o nieobyczajnym prowadzeniu się hrabiny Bertrand. Niepotrzebne te wątki, ale nie jedyne. Są jeszcze Balmain, Fox i pasierbica Lowe’a, ale wynika z tego niewiele więcej. 

W ogóle miałem wrażenie, że Dankowskiemu zabrakło umiejętności rozwiązywania czy przeplatania wątków. Gdy nadchodził czas, gdy dany wątek się czasowo wyeksploatował autor najchętniej wprowadzał nową figurę poświęcając jej trochę miejsca, ale na tym rola danej osoby się kończyła (Piątkowski, Tristan i inni). Z pewnością można było lepiej zarysować fabułę.

Słabością książki jest postać Lowe’a. Portretowany jako „uciążliwy, małostkowy” (s. 35) o „urzędniczej umysłowości” (s. 22) co raz wypowiada zdania robiące z niego przenikliwego obserwatora, na przykład gdy dowiaduje się, że na Wyspę przybędą przedstawiciele antynapoleońskiej koalicji : „O co właściwie chodziło? O roztoczenie nad nim kontroli? Ale dlaczego? Może mocarstwa nie dowierzają Anglii, podejrzewając, że zechce ona, w dogodnym dla siebie momencie, posłużyć się Napoleonem jako atutem w grze? Bo co tu dużo mówić: eks-cesarz jest kartą, którą w pewnym układzie okoliczności można by rzucić na stół. A w każdym razie jest jeszcze kimś, kim można – dzięki trzymaniu go w swojej wyłącznie mocy – szantażować wyłącznie Burbonów” (s. 45). Jego postać jest więc budowana niekonsekwentnie. 

Wszystkie te słabości mogą wynikać z innego powodu,  który trudno mi teraz zweryfikować. Być może Dankowski, historyk amator, chciał zwyczajnie sfabularyzować dostępne wspomnienia (Las Casesa czy Gourgauda) z napoleońskiego okresu Świętej Heleny i stąd żywioł historyka zwyciężył nad Dankowskim pisarzem. 

Z ciekawostek, które pośrednio wiążą się z książką, warto zacytować fragment „Jeńca Europy” opisujący ostatnie godziny cesarza: „Napoleon leżał teraz spokojnie, wyczerpany do cna. Miały godziny. Chory nie mógł już łykać, ale oczami prosił o napój. Podano mu gąbkę zwilżoną octem” (s. 262). Zaciekawiło mnie podawanie umierającemu octu i od razu skojarzyło się z Jezusem umierającym na krzyżu, któremu jeden z żołnierzy podał także gąbkę z octem. Tylko że w przypadku Jezusa chodziło, jak mi się wydawało, o szyderstwo, a Napoleon był otoczony przyjaciółmi. A może chciano zbudować paralelę między Jezusem a Napoleonem? W sukurs przyszedł Internet i jeden z artykułów dr. hab. Macieja Kokoszka, który wyjaśnia, że ów ocet z czasów Chrystusa to rodzaj popularnego napoju mającego także lecznicze działanie.

sobota, 19 stycznia 2013

Władysław Studnicki: "System polityczny Europy a Polska"

Władysław Studnicki, System polityczny Europy a Polska
Wydawnictwo Antyk
Komorów 2010

Historyk Stanisław Żerko w wywiadzie dla Gazety Wyborczej mówi o tym germanofilu, że „nawet ambasada niemiecka w Warszawie nie traktowała [go - AG] poważnie”. Barbara Toporska mówiła o nim, cytuję za Piotrem Zychowiczem i jego „Paktem Ribbentrop-Beck”: „Krążyły setki anegdot o jego roztargnieniu. Goniły za nim zgubione kapelusze, szukały go parasole, przyniszczone teczki, stale zapomniane klucze”. Józef Mackiewicz w swoim tekście w „Kulturze” z 1965 roku przytacza: „- Panie profesorze... - Co? A, zapomniałem - odpowiadał, dotykając świecącej spinki ruchem roztargnionym, gdyż poza polityką, nie interesowały go drobiazgi. W ten sam sposób inne części garderoby nie zawsze były dopięte”. 

Oglądałem ostatnio film „Hobbit: Niezwykła podróż”. Jednym z bohaterów jest czarodziej, jeden z pięciu istniejących,  Radagast. Jest on bardzo ekscentryczny, sprawia wrażenie szalonego. Jest niechlujnym odludkiem, który jednak jako jedyny wyczuwa zbliżanie się niebezpieczeństwa w baśniowej krainie. Gdy długo zastanawiałem się, jaką rolę odgrywał w Polsce Władysław Studnicki przyszło mi obejrzeć ten film. Czy nie ma między tymi dwiema postaciami pewnych podobieństw?

„System polityczny Europy a Polska” to nie jest analiza zakończona wnioskiem. To raczej jedna wielka argumentacja na rzecz odejścia od sojuszu z Francją i przyłączenia się do bloku środkowoeuropejskiego pod przywództwem Niemiec. Argumentacja w większości rzeczowa, często drobiazgowa aż do detali ocierających się o śmieszność, czasem tylko emocjonalna bez choćby garści argumentów. Zawsze jednak uroczo tendencyjna. Ale jednak tak jak w filmie „Hobbit” Radagast wzbudził moją największą sympatię, tak czułem, że książka Studnickiego jest jakimś wewnętrznym krzykiem człowieka chcącego zmienić poglądy ludzi wiodących nasz kraj do katastrofy. Studnicki musiał być przekonany, że to, w co wierzy jest absolutnie niezbędne, że tylko przekonując ludzi odwróci niepokojący rozwój wypadków. Studnicki pisał: „Aby wystąpić przeciwko przyjętym poglądom, trzeba swe zasadnicze twierdzenia mocno uzbroić w argumenty historyczne, ekonomiczne, demograficzne, wyjść do boju z całym arsenałem dat statystycznych” (s.6). Dla niego sprawa sojuszy polski to sprawa najwyższej wagi, stąd przekonywanie rządzących to bój. Te „daty statystyczne” to ogromna część książki. Studnicki przywołuje je nie tylko jako arsenał do boju o poglądy, ale uważa, że one pokazują obiektywną sytuację. „W polityce czynnik stały posiada niezrównanie większe znaczenie, niż objawy bieżące. Ten czynnik stały usiłowaliśmy odnaleźć przez analizę historji stosunków Polski z poszczególnymi państwami. Nie stojąc na gruncie materjalizmu historycznego, uznajemy jednak doniosłe znaczenie czynnika gospodarczego dla kształtowania się stosunków politycznych między panstwami” (s. 18).

Historia nie pozwoliła zweryfikować poglądów Studnickiego. To jego oponenci, zwolennicy „egzotycznego” sojuszu z Anglią i nietrafionego ze słabą Francją, realizowali swój plan. Polska wyszła z wojny całkowicie przegrana, choć niby w obozie zwycięzców. Czarny scenariusz Studnickiego sprawdził się, swoich remediów nie był w stanie użyć, więc nigdy nie poznamy, czy miał rację.

Dla Studnickiego wszystko co dobre łączy się z Niemcami, tak jak wszystko co złe łączy się z Francją. Czasami przybiera to nawet zabawne formy, gdy Studnicki odchodzi od ulubionych przez siebie „dat statystycznych” na rzecz emocjonalnego, niby okazyjnego wychwalania wzajemnych stosunków: „W okresie wojny były momenty, że Legjony pełniły funkcję operacyjną przy armji niemieckiej, przyczem panowały najlepsze stosunki między legjonistami a wojskiem niemieckim, stosunki oparte na wzajemnym szacunku, wysokiej ocenie cnót wojennych” (s.65) czy w momencie, gdy opisuje walki z Czechami o Cieszyńskie: "Polska siła zbrojna, jakkolwiek nieliczna, lecz dobrze wyćwiczona przez Niemców t. zw. Polnische Wehrmacht odparła zwycięsko zakusy czeskie, jakkolwiek Czesi zgromadzili znaczniejszą ilość wojska i uzbrojonych Sokołów, niż Polacy" (s. 283) .

Wiele tabel gospodarczych ma świadczyć o tym, że tylko sojusz z Niemcami wchodzi w grę, bo Niemcy są dla nas naturalnym partnerem gospodarczym. Takie rozumowanie jest trafne, ale czasem bywa zabawne, gdy Studnici ilustruje to ilością sprowadzonych z Niemiec do Polski pomp i obrabiarek do drewna (s. 256) oraz gdy pisze, że „nie ulega wątpliwości, że w wywozie kur rynek niemiecki może być wykorzystany przez Polske (s. 254).  

Nawet jeśli Studnicki uważany jest za śmiesznego, nawet jeśli umiejętnie manipuluje danymi statystycznymi, to jednak ja dostrzegam w nim nauczyciela politycznego realizmu. Lubię, gdy pisze o wojnie z bolszewikami w 1920 roku: „Pomoc francuską zawdzięczamy tej okoliczności, że zniewoleni byliśmy walczyć z Rosją bolszewicką, która zawarła odrębny pokój z Niemcami, a przedewszystkim nie uznawała długów zaciągniętych we Francji. Nadzieje swe pokładała Francja nie na Polsce, lecz na armiach białych rosyjskich, carskich generałów, którzy walczyli z bolszewikami” (s. 70). Czyi Polska była potrzebna Francji do odzyskania swoich pieniędzy. Nawet jeśli to nieprawda (choć akurat francuski kapitał był najbardziej aktywny w początkach XX wieku), to jednak zwraca naszą uwagę na racjonalne, a nie emocjonalne rachuby stosunków międzynarodowych. 

Czasami Studnicki w swoich manewrach danymi zapędza się i powstają wnioski typu „wszystko świadczy przeciwko Francji”: „Przypomnijmy, że największa śmiertelność występuje u dzieci do lat 5, stąd mniejsza liczba urodzeń powoduje zmniejszoną śmiertelność; to Francja przedwojenna o minimalnej stopie urodzeń posiadała większą śmiertelność od kulturalnych krajów Europy” (s. 75). Chodzi autorowi o to, że niska stopień urodzeń pozwala nie mieć w statystykach potencjalnie najbardziej wpływającej na wyniki śmiertelności dzieci, co ma jeszcze bardziej podkreślać, że z Francją nie należy się wiązać, gdyż jest to kraj wyludniający się, a naród zdecydowanie staje się coraz mniej liczebny. Równie barwny wniosek znajdujemy na stronie 85: „Różnica wartości ludzkiego materiału Włoch i Francji będzie przesuwać się na korzyść Włoch przez cały ten czas, w którym Włochy zachowują znaczny przyrost naturalny, znaczny bowiem przyrost naturalny jest czynnikiem nietylko ilościowego wzrostu, lecz i jakościowego polepszania się ludności. (…) powinniśmy sobie uświadomić, że wybitni ludzie nie są najczęściej pierwszymi dziećmi. (…) Wśród jedynaków rozwija się egoizm – w licznych rodzeństwach altruizm i instynkt społeczny. Na demoralizację życia publicznego Francji bardzo być może wpłynął egozim, który tak często rozwija się u jedynaków”.

Cała siła Studnickiego wychodzi także w zimnych analizach geopolitycznych, a życie często przyznawało mu rację. Jako przykład: „Jest jednak kwestia, która różni Włochy i Niemcy. Kwestią tą jest anschluss t. j. połączenie Austrji z Niemcami, przedmiot naturalnego pożądania Niemiec i obawy Włoch. Lękają się one utraty Triestu, geograficznie związanego z Austrją i z południowymi Niemcami oraz zwiększonych wpływów niemieckich na Bałkanach. Ekspansja Włoch do Afryki jest ważniejsza dla nich, niż problematyczne wpływy na Bałkanach i w Europie środkowej” (s. 54). Przypomnijmy, że Studnicki wydał swoją książkę w 1935 roku i mało kto wówczas uważał, że Włochy dopuszczą do wchłonięcia Austrii przez Niemcy. Jego realizm i zdolność rozumowania na podstawie danych pozwalała także na takie trafne przepowiednie. „Za sto lat będzie istniał naród francuski, kilkadziesiąt milionów ludzi będzie się czuło Francuzami, zamieszkując historyczne terytorjum Francji, lecz będą to ludzie innej rasy, innej krwi”. 

Czując zagrożenie sowieckie Studnicki snuł plany walki z Rosją w odpowiedniej konfiguracji państw: „Z granic polsko-rosyjskich łatwiej atakować ważne centra Rosji: Petersburg, Kijów, Moskwę, niż z granic posiadłości japońsko-rosyjskich w Azji. Lecz czy Polska, nie posiadająca sprzymierzeńca w Europie, może się ważyć na ryzyko udziału w wojnie rosyjsko-japońskiej? Może – pod jednym tylko warunkiem: jeżeli będzie w przymierzu ze swym sąsiadem, z Niemcami, (…) (s. 203).

Ciekawie, krótko i spójnie pisze Studnicki o państwach bałtyckich (od s. 206), choć gdy się sprawdza pierwsze z brzegu dane z obecnie ogólnie dostępnymi, to widać, że Studnicki nimi manipuluje (np. pisząc na s. 209, że w czasach rządów Ulmanisa „cała armia łotewska nie dochodziła do 800 osób”). Wszystko ma potwierdzać tezę, że to ludność niemiecka tych terenów była elementem stabilizacji, to ona jako jedyna walczyła z bolszewikami, gdy Łotysze byli lojalnymi poddanymi władzy rosyjskiej. Sama Łotwa powstała prawie że przypadkiem. W koncepcji Studnickiego Polska jest gotowa odstąpić te tereny nawet Rosji (choć byłoby to niekorzystne) w zamian za zagwarantowanie dostępu do Libawy i uznanie Litwy za strefę wpływów Polski. Ogromna niechęć do Rosji nie wyklucza u Studnickiego porozumienia, tak jak nakazuje mu jego realizm polityczny.

Z zabawnych momentów warto jeszcze przytoczyć opinię autora o głównych postaciach światowej polityki, kiedy to, tak sobie wyobrażam, wzburzyła się w naszym publicyście krew i wyszła pasja: „ Nieszczęściem Węgier było to, że o losie ich decydował Wilson, przedstawiciel narodu niehistorycznego, nie mogący pojąć pracy wieków, która urabiała państwo. Wilson mało znał Europę, prace jego z zakresu prawa publicznego państw europejskich roją się od rażących błędów, zresztą nurtowała go już ta psychiczna choroba, która przecięła jego życie. Decydował też Lloyd George, ignorant w sprawach geografji i historji Europy. Ale największy wpływ wywierał namiętny starzec Clemenceau, w swych nerwach i zwojach mózgowych noszący nienawiść do Niemiec, Węgier, (…)” (s. 301). Choć trzeba przyznać, że system wersalski stworzony przez tych panów był daleki od pojęcia ładu. Nie sposób chyba też nie uśmiechnąć się, gdy nasz bohater pisze: „W 1931 roku Francja posiadała 1750 aparatów lotniczych, w tem 840 obserwacyjnych (…), obserwacyjne posiadały chyżość 230 km. (…)” (s. 88).

Wydaje się, że Studnickiego należy oceniać na podstawie jego książek. Czy ma to jakiś wpływ na jego osobę, że był obiektem różnych anegdot na temat roztrzepania? Raczej powinien do nas przemawiać tylko przez swoje książki i przez treści tam pokazane. Ciekawe jest też co innego. Czy dziś świat jest inny? Kto dziś próbuje nas przekonywać mając „arsenał dat statystycznych”? Wdzięczna fraza jest chyba wyżej ceniona, a przecież geopolityka powinna umieć odczytywać sytuację i dostarczać argumentów także i dziś. Czekam na Władysława Studnickiego naszych czasów.

środa, 21 listopada 2012

Piotr Zychowicz: "Pakt Ribbentrop-Beck"

Piotr Zychowicz, Pakt Ribbentrop-Beck czyli jak Polacy mogli u boku III Rzeszy pokonać Związek Sowiecki.
Dom Wydawniczy Rebis,
Poznań 2012

Na tę książkę czekałem od dawna. Pojęcie „tej książki” trzeba doprecyzować. Nie czekałem konkretnie na książkę Piotra Zychowicza, ale na książkę zajmującą się tym tematem, który wisiał gdzieś w przestrzeni od dobrych kilku lat. Pytanie „a co by było, jeśli odpowiedzielibyśmy pozytywnie na ofertę Hitlera?” było pytaniem łamiącym tabu. Zapowiadał książkę Paweł Wieczorkiewicz, mówił, że musi ją napisać Rafał Ziemkiewicz, w końcu napisał kto inny. Gdy pytałem parę lat temu pewnego historyka z belwederską profesurą o pomysłach Wieczorkiewicza, usłyszałem, że to tylko sposób na zaistnienie i efekt dziwactwa, które pod koniec życia dopadło Wieczorkiewicza. Tak więc w książce tej nie chodziło tak bardzo o treść. Mniej więcej każdy wiedział, co tam będzie. Od talentu zależało, czy będzie to zgrabne czy ciężkie. Bardziej ważne było, by ta pustka w publicystyce została zapełniona. By wreszcie można się było odwołać do książki przy dyskusjach. 

Książkę Piotra Zychowicza, mimo że nie jest on moim faworytem ( niezbyt lubię jego popularne artykuły o historii), przeczytałem jednym tchem. Co prawda początek był trudny, bo książka zaczyna się lekką, naiwną opowieścią ze zrealizowanego pozytywnego scenariusza. Przyznam, że miałem mieszane uczucia i żadnych pozytywnych oczekiwań po tym wstępie. Ale później książka rozwinęła się w krytykę rzeczywistych decyzji, podawanie przez autora argumentów, opisywanie możliwości i dyskusję z kontrargumentami. Wszystko podane przyjemnie lekko. 

W tej książce uwidacznia się też pewna zmiana w podejściu do historii, a w zasadzie przyzwolenie na coś, co kiedyś uważane było za błąd i zadanie niegodne historyka - dzieje alternatywne, rozprawy z cyklu „co by było, gdyby”. Historycy oponowali, ale gusta czytelnicze zrobiły swoje. Coraz więcej pozycji zajmuje się rozwijaniem historii po korekcie pewnych faktów. I już nie słychać tylu głosów sprzeciwu mówiących, że historia to nauka o o tym, co było. 

Swoją książką Zychowicz Ameryki nie odkrywa, ale przyczynia się bardzo, moim zdaniem, do zmiany sposób myślenia o historii, a przez to do zmiany postaw Polaków. Historia, której się uczymy w szkole, z książek jest wykładem dziejów. Nie ma czasu na dylematy i dyskusję o tym, jak można było postąpić inaczej. Odrzucenie awansów III Rzeszy jawi się nam dziś jako oczywistość, ale skutki tego były opłakane. Oczywiście, może ktoś zarzucić temu myśleniu błąd prezentyzmu, ale czy tym samym błędem nie jest mówienie o tym, że sojusz z Hitlerem byłby paktem z diabłem? Wtedy Hitler nie jawił się aż tak źle. Książki o przeszłości powinny także uczyć rozważań przed podjęciem decyzji teraz. Bo właśnie decyzyjność jest dużym problemem Polaków. Książka Zychowicza to dobry sposób na ożywienie myślenia, na rozwój wyobraźni, na twórcze obudzenie dylematów. 

Co mnie ucieszyło jeszcze w książce Zychowicza? To pozytywne zdanie i chęć tworzenia nowej książki o jednym z autorów, których cenie szczególnie – Władysławie Studnickim. Jeśli Zychowicz stworzy książkę, którą czyta się równie dobrze, to z pewnością urośnie w moich oczach.