sobota, 29 marca 2014

William Harrington: „Colubmo - Die letzte Show”

William Harrington, Colubmo - Die letzte Show
Wilhelm Heyne Verlag
München 1994



W moich wyborach książkowych staram się podążać za jedną zasadą. A mianowicie taką, by czytać książki w oryginale. W praktyce sprowadza się to wybierania książek polskich. Mam zawsze wątpliwości, czy książka przetłumaczona jest tą samą książką. Uważam, że nie jest, że jest to już dzieło pokrewne, zmienione przez pracę tłumacza i zmienione przez sam język tłumaczenia, który niesie w sobie inne znaczenia pozornie tych samych słów. Jednak dla sprawności językowej dobrze jest czytać także teksty w obcych językach. I właśnie przez wzgląd na ćwiczenie wybrałem książkę amerykańską, ale przetłumaczoną na język niemiecki.

Okazało się, że do mojego domu trafiła książka o poruczniku Columbo – jednym z moich ulubionych bohaterów małego ekranu. Zawsze lubiłem oglądać ten serial. Porucznik w starym płaszczu przeciwdeszczowym, zadający dziesiątki pytań i jakby ciągle dziwiący się światu sprawiał na bogatych Amerykanach z wyższych sfer wrażenie nierozgarniętego. Wręcz każdy z kryminalistów starał się użyć Columbo i podsyłając mu fałszywe tropy zapewnić sobie bezkarność. Columbo jednak wnikał w świat zastany i pojmował go znacznie lepiej niż jego mieszkańcy. To on przenikał świat sztuczek magicznych, tajemnic wina czy przekazów podprogowych, by przywołać kilka przykładów z serialu, i wykorzystywał wiedzę w swoim śledztwie. Ukrywając się za postacią niezdary, realizował swoje dochodzenie.

Dodam jeszcze tylko, że pamiętam, jak w tygodniu śmierci aktora Petera Falka na ostatniej stronie Plusa Minusa pojawił się tekst wspomnieniowy Piotra Semki, także zafascynowanego porucznikiem. Semka przywoływał swoje wrażenia i przemyślenia o świecie luksusu, w którym czaiła się zbrodnia i jak chłonął ten świat za pośrednictwem serialu. Udało mi się znaleźć tekst w wersji online, więc polecam. 

Książka Williama Harringtona jest fatalna. Nie ma w niej nic, co byłby warte uwagi i w zasadzie na tym mógłbym zakończyć mój wpis. Banalne prowadzenie akcji i przekombinowany motyw zbrodni jakby wtłoczono w ramy, który tworzył serial. Oczywiście jest to powieść popularna, odpowiednik romansów harlequinowych dla mężczyzn. Ale uznałem, że skoro przeczytane, to warto odnotować.

Pamiętamy, że serial Columbo miał swoje charakterystyczne cechy. Każdy odcinek był zamkniętą całością. Na początku dochodziło do zbrodni, której, jako widzowie, byliśmy świadkami. Potem pojawiał się porucznik, zawsze wysiadający ze swoje starego peugeota, w płaszczu i z cygarem. Po kolei podążaliśmy za porucznikiem w jego dochodzeniu. Te ramy zostały w książce zachowane, ale rażą one nachalnością. Mamy dziesiątki uwag o płaszczu i dziesiątki fragmentów, gdzie Columbo szuka w kieszeni kawałka cygara. Książka także zaczyna się zbrodnią – morderstwem na gwieździe telewizyjnego talk-show przez dwójkę jego współpracowników. Nie znamy tylko motywów. A motyw jest rzeczą najbardziej kuriozalną w całej książce. Otóż chodzi o… zamach na prezydenta Kennedy’ego. Harrington wykorzystał jeden z wątków – fotografię z Grassy Knoll i zaaranżował go na potrzeby książki. Ofiara przygotowywała się do publikacji zdjęcia powiększonego za pomocą komputera i oprogramowania wykorzystującego rachunek prawdopodobieństwa (książka dzieje się na początku lat 90-tych; szczytowym osiągnięciem jest przechowywanie tekstu na dyskietce) na którym widać twarze niedoszłych zamachowców.

To, co miało być pewnie magnesem, bowiem w Ameryce wciąż żywa była i jest spawa zabójstwa prezydenta, stało się jednym ze źródeł porażki. Ale autor książki nie potrafił się zdecydować, czy ma to być książka o Columbo czy ma to być próba kryminału o zamachu w Dallas. W pewnym momencie widać zamierzenie autora, by czytelnik fascynował się odkrywanie wątków zamachu. Daje to niepoważne nagromadzenie, wręcz natłoczenie argumentów za tym, że książka to ciekawy kryminał, które sprawia, że książka staje się dziecinna.

Sam sposób dochodzenia do rozwiązania zagadki jest zabawny i obfituje w skróty. Przykładowo Columbo wymyślił sobie, bez żadnych podstaw, że główna bohaterka miała długi z hazardu i zaczął o to wypytywać. Jakież było pewnie zaskoczenie czytelnika gdy okazało się, że jest to główny wątek śledztwa prowadzący do szczęśliwego rozwiązania.

Jest jeszcze drobna rzecz, która jakoś nie daje mi spokoju. Otóż książka powstała na podstawie serialu. Mamy na okładce fotosy z planu, a nawet dopisek „Inspektor Columbo – Die berühmte Fernsehserie” czyli „Porucznik Columbo – słynny serial telewizyjny”. Do tego na tylnej okładce widnieje napis dużą czcionką „Peter Falk ist COLUMBO”. A co jest cechą charakterystyczną Petera Falka? Także to, że miał on jedno oko, a drugie wypełnione protezą. Uwidaczniało się to w typowym, jakby zezującym spojrzeniu aktora. Dla mnie było to więc także cechą samego Columbo. Bo nie potrafię już oddzielić aktora od postaci. Stawiam, że ma tak większość odbiorców filmu. Stąd jakoś dziwnie czytało mi się fragment, gdy porucznik trenował strzelanie przed egzaminem „Er versuchte, sein linkes Auge zu schliessen und mit dem rechten eine Dose anzuvisieren, dann schloss er das rechte Auge und versuchte es mit dem linken nochmal (s. 133), „Spróbował zamknąć lewe oko  i prawym wycelować do puszki, potem zamknął prawe oko i spróbował jeszcze raz lewym okiem”. Gryzie ten opis, choć może nie powinno się identyfikować bohatera z aktorem.

W książce widać, w zależności od naszego poglądu, albo złożoność amerykańskiego społeczeństwa albo poprawność polityczną autora książki. Mamy bowiem w książce przełożonego Columbo kapitana o nazwisku Szciegiel (sic!), mamy całą masę Włochów (łącznie z naszym porucznikiem) i mamy policjanta Z Los Angeles Douga Immelmanna. Fragment bogactwa narodowego Ameryki.

Książka zwróciła moją uwagę tylko przez dwie rzeczy: głównego bohatera i język (bardzo przystępne tłumaczenie) i z tego względu było warto ją przeczytać. Jednak nie jest to literatura nawet średniego szczebla. Książkę odradzam. Fanom serialu radzę obejrzeć sobie jeszcze raz ulubiony odcinek, a fanom języka niemieckiego wybrać inny środek nauki.


niedziela, 9 lutego 2014

Stanisław Cat-Mackiewicz: „Zielone oczy”

Stanisław Cat-Mackiewicz, Zielone oczy
Universitas
Kraków 2012

Pierwsze pytanie, które nasunęło mi się, gdy trzymałem książkę w ręku, to czy ta książka jest inna. Czy czytając ją zauważę, że pisał ją autor mieszkający w PRL-u? „Zielone oczy” redagowane były bowiem po przyjeździe (powrocie?) do kraju w 1956 roku. Publicysta słynący z bezkompromisowych poglądów zdecydował się wydawać książki w kraju objętym cenzurą i byłem ciekawy, czy stanie się to widoczne w ich treści. Otóż nie było. To był dla mnie wciąż ten sam Mackiewicz, który pisał swoje książki emigracyjne. Choć autor posłowia prof. Habielski celnie zauważa jedną różnicę, ale o tym później.

Książka Cata to kolejna jego publicystyka na temat polityki polskiej od czasów poprzedzających II wojnę do lat powojennych. Poczujemy się czytając „Zielone oczy” jak w domu, bowiem spotkamy znane nam tezy Mackiewicza o pchnięciu nas przez Anglików do wojny i o dziecinniej naiwności ludzi Polską rządzących. I wszystko w kąśliwym, znajomym stylu. Do stylu Mackiewicza przynależy także to, że często się myli, co skrupulatnie wypunktowuje w przypisach redakcja (choć i redakcji zdarzają się nietrafione uwagi, np.: na stronie 215 poprawiają Cata odnośnie do akcji „Torch”, że była to operacja amerykańsko-brytyjska. Mackiewicz napisał, że była to akcja „prowadzona całkowicie jako amerykańska”, a dalej wyjaśnia, że chodziło o to, że Brytyjczycy przebrali się w amerykańskie mundury. Więc niepotrzebnie poprawia się tu autora). Ale stało się to dla mnie wręcz znakiem firmowym Cata, immanentną cechą jego pisarstwa, że daty się nie zgadzają, a nawet stało się to dla mnie w jakiś przedziwny sposób jakby narzędziem autora, który nakazuje wznieść się poza skrupulatność dat po to, by uchwycić istotę sprawy. Rzecz znacząca – rzadko jego błędy podważają przyjętą przez niego tezę i dla wywodu staje się to bez znaczenia, czy Churchill pisze telegram do Stalina 12 czy 9 marca 1942 (s. 189). Ale redakcji ogólnie należą się brawa za krytyczne wydanie.

Pisałem, że wywód pozostaje nienaruszony błędami autora. Bardziej precyzyjnie chodzi tu o dziesiątki mikro wywodów. Ponieważ książce brak uporządkowania. Owszem, poruszamy się mniej więcej zgodnie z chronologią, ale z ciągłymi wycieczkami. I pewnie gdyby rozrzucić rozdziały na stole i potem zebrać je w przypadkowej kolejności, to książka dużo by na wartości nie straciła. Wszystko w niej jest wołaniem o politykę, bo, wg Mackiewicza, Polacy u władzy polityki we właściwym tego słowa znaczeniu, nie uprawiali. Świetne są te fragmenty punktujące naiwność naszych elit, ale już część poświęcona codziennemu życiu naszych polityków tonie w opisach zachowań poszczególnych członków kolejnych Rad Narodowych, co daje efekt znużenia. Cóż, wyszło na jego, że politykowanie londyńskie było jałowe i większej roli po wojnie ci panowie i panie nie odegrali. Męczy momentami przedzieranie się przez osobiste relacje naszej emigracji. Ale przecież i taki był zamysł, by podsumować Londyn stwierdzeniem, że praca dla Polski w tamtej formule się wyczerpała. A to podbudowywało tezę autora, że decyzja o powrocie do kraju jest racjonalna.

Moja przygoda z Mackiewiczem sprawia, że ewoluuje także mój stosunek do niego samego. Przede wszystkim jego książki czyta się na jednym oddechu. Jest to przyjemne (choć nie są to książki sensu stricto – to raczej rozszerzona publicystyka, lekkie eseje). Szczególnego kolorytu książce dodają liczne anegdoty. Ale zauważyłem, że już zaczyna mnie bawić sam Mackiewicz piszący jakąś historię. Oczyma wyobraźni widzę go siedzącego nad kartką papieru i piszącego zawzięcie życiową żartobliwą historię. Samo nastawienie jego, jego oczekiwanie wywołania uśmiechu budzi we mnie sympatię.

Wspominałem na początku o jednej rzeczy na którą zwrócił mi uwagę autor posłowia. Zgadzam się z profesorem, że Mackiewicz musiał zastosować taryfę ulgową wobec Związku Sowieckiego. Cenzura inaczej by książki nie puściła. Ten kraj jest w narracji jakby statystą, a wina Polaków jest taka, że w imię urojonych ideałów zdaliśmy się na pośrednictwo Anglików w kontakcie z sowietami. Cat tłumaczy, że trzeba nam było samemu negocjować. I ta wizja, choć słuszna, zostawia dużo rzeczy niewypowiedzianych. Nie ma ostrej recenzji bolszewików jakiej moglibyśmy się spodziewać po Mackiewiczu na emigracji.

I wreszcie sprawa tytułu książki. „Zielone oczy”. Konia z rzędem temu, kto by zgadł, skąd ten tytuł. Ponoć są jakieś wskazówki u Cata, które przytacza prof. Rafał Habielski: „W liście do przyjaciela dawał do zrozumienia, że powodowały nim względy natury prywatnej. Oczy tego koloru miała pewna osoba, która odrzuciła jego uczucia” (s.384). No to po kolei. Jaki sens ma nadawanie takiego tytułu książce o geopolityce? A gdyby ta osoba miała charakterystyczne rude włosy, to czy Mackiewicz nadałby książce tytuł „Rude włosy” i dalej pisał o pseudo sojuszu angielsko-polskim? Absurd! Stawiam, że profesor coś źle odczytał lub dał się nabrać żartowi Cata. W książce znajdujemy też taki fragment „A przecież Jugosłowianie to wspaniali żołnierze, przywykli do patrzenia w zielone oczy śmierci” (s. 169). I to jest ważna wskazówka, a nie jakaś fragmenty z listów o osobie o zielonych oczach. Mackiewicz przywołuje obraz śmierci, która ma zielone oczy. Być może chodzi o jakiś trop literacki lub malarski. Ale odczytywanie tytułu książki jako widma śmierci nad naszym krajem wydaje się rozsądniejsze niż przywoływanie jakiś nieszczęśliwych miłości Cata.

W moim poście o książce „O jedenastej…” napisałem „Zwróćmy uwagę na ten pretensjonalny tytuł książki”. Czuję, że znalazłem zrozumienie u samego Mackiewicza. Otóż w „Zielonych oczach” sam przywołuje swoją poprzednią książkę i tak pisze „Swoją książkę o polityce Becka zatytułowałem: O jedenastej – powiada aktor – sztuka jest skończona. Był to tytuł pretensjonalny, należało go raczej użyć na motto książki” (s. 70).

A teraz kilka momentów, które zwróciły moją uwagę. Na stronie 21 Mackiewicz kontynuuje wątek niedojrzałości politycznej naszych elit i ich sentymentalizmu. Zadaje sobie retoryczne pytanie: „Czy to się zmieni kiedykolwiek, czy to się może zmienić?”. I jeszcze dodaje: „Od konfederatów barskich do roku 1939, z jedną jedyną przerwą lat trzynastu, wciąż jesteśmy tacy sami”. Zastanawiam się, o które trzynaście lat może chodzić. Stawiałbym, że myślenie realistyczne będzie upatrywać sukcesu w odzyskaniu niepodległości w 1918 roku, jako wyniku inteligentnego sojuszu i jego porzucenia w odpowiednim momencie. Stąd wychodziłoby przedział 1905 – 1918, ale czemu akurat rok 1905?

Ciekawa była informacja o Piłsudskim używającym określenia „zapluty karzeł” w odniesieniu do  Stanisława Strońskiego (s. 75).

Zdarza się jednak też Mackiewiczowi być niepoważnym w swym pisarstwie, chociażby gdy szuka w „niedyskrecji historycznej” pochodzenia gen. Weyganda i znajduje je w Napoleonie, a temu pochodzeniu przypisuje „wizjonerstwo wojskowe” (s. 83). Wszystko to pisane całkowicie na serio.

Bardzo na czasie brzmi ustęp, gdzie Mackiewicz o swojej działalności w Radzie Narodowej między innymi tak pisze: „Wystąpiłem z inicjatywą, aby rząd emigracyjny zażądał od Stanów, żeby broń atomowa ani żadna inna o podobnej sile niszczenia ludności cywilnej nie były zwrócone przeciwko terytorium Polski” (s. 284). Jest to na czasie, bowiem przy okazji premiery filmowej o pułkowniku Kuklińskim przywołuje się jego historię, np.:  „To właśnie uświadomienie sobie, jakie będą skutki odwetowego uderzenia jądrowego NATO na Polskę po nuklearnym ataku Sowietów, było jedną z przyczyn podjęcia przezeń współpracy ze Stanami Zjednoczonymi”. 

Podsumowując. Do Cata warto zaglądać. Nie jest to historyk, nie jest to doktryner. Mackiewicz stara się wyprowadzić Polaków z naiwności politycznej swoją publicystyką. Cel dobry. Ale dla mnie liczy się także bardzo miłe spędzenie czasu przy ciekawej książce. Tego dostarcza mi Cat jak mało który pisarz. 

poniedziałek, 3 lutego 2014

Władysław Reymont: "Chłopi"

Władysław St. Reymont, Chłopi
Tom pierwszy i Tom drugi
Państwowy Instytut Wydawniczy 
[bez miejsca] 1976

”Chłopi” mają to nieszczęście, że są praktycznie nieczytani. Książka, która jest lekturą szkolną, przestaje istnieć w dorosłym życiu czytelników. A jest to książka wybitna. Na marginesie należy sobie uzmysłowić pewną rzecz. Otóż książki nie stają się ważne przez to, że są lekturami szkolnymi. Odwrotnie. Konkretne książki stały się lekturami właśnie dlatego, że były ważne. A “Chłopi” byli i są ważni, ale są też bardzo dobrze napisaną książką.

Warto  zwrócić uwagę, że książka, oprócz tego, że daje nam obraz polskiej wsi przełomu wieków XIX i XX, to mówi także dużo o warstwach wyższych. Ale nie z książki wprost. Samo zainteresowanie książką, druk w Tygodniku Ilustrowanym, cała popularność mówi dużo o nastrojach i zainteresowaniach polskiego społeczeństwa. To właśnie znak czasu, że starano się unarodowić chłopstwo i stąd zapotrzebowanie na taką literaturę. 

Co do samej książki, to kilkakrotnie łapałem się na myśli, że danego wątku Reymont sensownie nie rozwiążę, że wyłoży się na pewnych sytuacjach i w jego utworze zabrzmi fałszywy ton. Przykładowo byłem pewien, że odnowienie się romansu Jagny z Antkiem po jego wyjściu z “kreminału” nabierze opisie jakiegoś nieznośnego charakteru lub skończy się w naiwny sposób. A po raz kolejny Reymont mistrzowsko rozegrał sytuację. Po namiętnych chwilach  wyszła cała uczuciowa pustka, która towarzyszyła temu pobudzeniu i obcość tych dwojga ludzi. Jedynym słabszym akcentem była końcowy gniew wsi na Jagnę i decyzja o wywiezieniu jej na gnoju za wieś. Nie wynikało to wprost z żadnej konkretnej sytuacji. Bo amory do Jasia trwały już dłużej i nic nowego się nie wydarzyło, a groźba spłacania wójtowych długów nie wyglądała wiarygodnie jako bezpośredni powód złości Lipczaków do Jagny. Pozbycie się jej nie było odpowiedzią na bieżące problemy. 

Jedna uwaga do czasu akcji: Wikipedia podaje, że “musi mieć ona jednak miejsce po 1890 roku, ponieważ bohaterowie używają kosy, która dopiero wtedy zaczęła w Polsce wypierać sierp”. Myślę, że można jeszcze bardziej zawęzić poszukiwania czasu akcji. Otóż na początku rozdziału VII “Zimy” czytamy “We Trzy Króle, które jakoś tego roku wypadały w poniedziałek (…)” (t.I, s. 264) . 6 stycznia w poniedziałek wypadał właśnie w roku 1890, potem w 1896, 1902 itd.. Pewnie datą końcową możliwości będzie I wojna światowa. 

Szczególną uwagę zwracałem na sprawę narodową i próbowałem wyłapać różne smaczki. Przykładowo w tomie VII “Jesieni” dowiadujemy się, że Rocho rozdaje obrazki święte, a “niektórym, to i takie z królami, co to z naszego rodu przódzi wychodziłły (…) (t.I, s. 96).  Ciekawe na ile takie zdania pochodziły z obserwacji polskiej wsi, na ile chłopi czuli, że królowie są z ich (na)rodu. W ogóle “Polacy” pojawiają się w “Chłopach” kilkukrotnie. Podczas ślubu Macieja z Jagną dowiadujemy się, że “tym ci polski naród stojał” w odniesieniu do życia pokornego (t.1, s. 156). Świadomość bycia Polakami musiała być niemała, bo w rozdziale XIII  “Zimy” gdy Maciej prowadził ludzi na rozprawę z dworskimi o las, tak zwracał się do nich: “Narodzie kochany, ludzie chrześcijańskie, Polaki” (t.1, s.358)

Ciekawiła mnie też ludowa pobożność tak często mieszająca się ze starymi, przedchrześcijańskimi zwyczajami. Tu prym wiodła Jagustyna, która żyła w myśl zasady Bogu świeczkę, a diabłu ogarek, ale też w Zaduszki Kuba potrafił rozrzucać chleb po grobach (t.1, s. 121). A myślę, że takie zwyczaje zachowały się i do dziś.

Ciekawe dla mnie są też nawiązania do Powstania Styczniowego choć może czasem nieoczywiste. Zdaje się, że gdy Kuba w Zaduszki chodzi po cmentarzu i wskazuje Witkowi mogiłę tych, “co ich to w boru pobili” ma na myśli powstańców (t.1, s. 122), sam przecież był powstańcem. Dla zwykłych chłopów powstanie było niczym innym jak “wojną” nazwane tak w tomie III “Zimy” (t.1, s. 215). W wojnie walczył też Jacek. 

W pewnym momencie pojawiły się w “Chłopach” dwie “krzywe gęby”. W rozdziale VII “Zimy” dowiadujemy się o “Walku z krzywą gębą“ (t.1, S.265), a na stronie 305, w rozdziale X, o “Grzeli z krzywą gębą” (t1. S. 305). Ciekawe, czy coś nie pomyliło się autorowi.  


czwartek, 17 października 2013

Ziemowit Szczerek: "Rzeczpospolita zwycięska"

Ziemowit Szczerek, Rzeczpospolita zwycięska
Wydawnictwo Znak
Kraków 2013

Książka Ziemowita Szczerka to głos w popularnej ostatnio dyskusji o historii alternatywnej. Jest to dziedzina z pogranicza historii i publicystyki. Dość ryzykowna i raczej nienaukowa, bo nieweryfikowalna. O wiele trafniej można powiedzieć, że jest to zabawa intelektualna, pewna przyjemność umysłowa. Gdy zastanowić się, czemu takie książki powstają, to wydaje się, że powodem ich jest chęć analizy błędów. Tak jak w życiu – raczej zastanawiamy się, co by było, gdybyśmy nie popełnili pewnych błędów, niż co by było, gdybyśmy zamiast trafnych decyzji popełnili błędne. Tak samo jak w analizie szachowej, gdzie rozważamy przecież warianty alternatywne, korzystne, a nie zajmujemy się analizą tego, jakby partia wyglądała, gdybyśmy w danym posunięciu popełnili błąd. Ziemowitowi Szczerkowi widać nie do końca podoba się taki namysł na przeszłością. Postanowił on stworzyć coś na kształt przekornej wizji historii XX wieku, antyutopii i krytyki II RP oraz, jak sądzę, III RP i Polaków w ogólności zarazem.

Autor pisze: „Będzie to wizja Rzeczypospolitej, której – choć na pewien czas – udało się być taką, jaką sama by się chciała widzieć, gdyby spełniły się jej sny o idealnej sobie samej (…) (s. 9). Poza tym, że to zdanie jest źle skonstruowane (albo „jaką by się chciała widzieć” albo „gdyby spełniły się jej sny”), to mówi nam, że ma być to wizja samej II RP, z wewnątrz niej, co autor podkreśla bardzo mocno i bardzo często. Nie jest książka wizją Polski historyka Szczera, tylko rozwinięciem idei snutych przez obywateli odrodzonej Polski.  Alternatywność tej opowieści ma polegać na tym, że II RP przetrwała wojnę i należała do obozu zwycięzców. A idee wypracowane przed 1939 miały okazję na urzeczywistnienie się.

Wnioskiem, który płynie z książki jest to, że Polacy jako naród i II RP jako państwo są tak niesprawni, zacofani i nieeuropejscy, że na dłuższą metę o żadnej silnej państwowości  nie ma co marzyć. Nawet przy sprzyjających okolicznościach historycznych  i tanim, niekończącym się kredycie nie powstanie nad Wisłą nic wielkiego, bo Polacy są organicznie niezdolni do tworzenia europejskich bytów i prędzej zepsują to, co da im (alternatywna) historia niż stworzą coś, co będzie podziwiane na świecie (tak, to spoglądanie na Zachód jest u Szczerka bardzo silne).

Na początku myślałem, że książka podąży w innym kierunku. Wydawało mi się, że krytyka Polski ma na celu dekonstrukcję istniejących teraz mitów na temat wielkości II RP. Tak jakby Szczerek mówił, że musimy pozbyć się dotychczasowych marzeń sennych po to, by mógł nam przedstawić swoje marzenie i swoją wizję. Nie możemy budować historii alternatywnej opartej na wyobrażeniach. Trzeba oprzeć ją na realiach, bo inaczej wyjdzie nam nierealistyczna, cukierkowata wizja wielkiej Polski. Ale w miarę czytania zrozumiałem, że krytyka II RP nie miała na celu dekonstrukcji mitu, by zbudować coś alternatywnego. To raczej alternatywna historia ma służyć temu, by pokazać, że z polskim bagażem cech nie jesteśmy w stanie przeskoczyć samych siebie, a II RP jawi nam się jako kraj szczęśliwości tylko dlatego, że skończyła się tak nagle, a jej propagandowe wizje dotarły do naszych czasów.

A więc, żeby rzucić garść przykładów dekonstrukcji. Dowiadujemy się, że „Wielkim dramatem i wstydem międzywojennej Polski była sytuacja na wsi: zacofanej, biednej i – trzeba to powiedzieć – prymitywnej” i „wstydzono się jej strasznie” (s. 30). A miasta? „Co może zaskakiwać, przedwojenna Warszawa – tak mitologizowana obecnie – w międzywojniu uchodziła za nieładną”  (s. 37). Do tego dobrane cytaty mówiące o tym, że „Wilno jest puste, pokraczne i karykaturalne” (s. 35), a Łódź ma „przerażające” statystyki ilości ludzi w mieszkaniach jednoizbowych (s. 35). Mamy też wykład o „klasycznym polskim koszmarze drogowym” (s. 39), o ziemiaństwie, które „darzyło mniejszą lub większą pogardą niższe stany” (s. 46), o „biedujących robotnikach” (s. 48) i oczywiście o polskim antysemityzmie i nacjonalizmie (s. 51 i dalsze) oraz represyjnym państwie (s. 56) z Berezą i Brześciem, w którym z opozycją też było źle, bo „histeryczna , ksenofobiczna i antysemicka endecja pod wodzą Romana Dmowskiego doprowadziła debatę publiczną do stanu palpitacyjnego” (s. 61). To w skrócie zawartość rozdziału II „Kraj, który przetrwał”. Oprócz brudnej i biednej Polski i Polaków mamy też przecież inne narodowości w Polsce oraz sąsiadów. Możemy się dowiedzieć, że „ukraińskie życie kulturalne i oświatowe działa sprawnie i legalne: Ukraińcy wydawali książki i prasę, tworzyli kooperatywy i organizacje (s. 52). Dowiemy się także o górowaniu cywilizacyjnym Czechów, Węgrów i oczywiście Niemców.

W Polsce, która wyszła bez wielkich start z wojny dzięki działaniom innych państw (Francuzi w tej historii zaatakowali Niemców) nie dzieje się potem zbyt dużo dobrego. W zasadzie czego się Polacy tkną, to obraca się w ruinę. Wymarzone polskie kolonie musimy oddać, bo nie potrafimy nimi zarządzać. Kraje nam bliskie, wszystkie po kolei, odwracają się od nas, bo mają dość polskiego panoszenia się lub niesprawnej administracji. Nawet wielka Warszawa jest w zasadzie przytłaczająca niedobrą architekturą. Czasami pojawiają się i elementy pozytywne (motoryzacja, lotnictwo, Sandomierz), ale giną one w nawale negatywnych przedstawień.

Myślę, że w autorze drzemie jakiś głęboki kompleks narodowy. To częste powoływanie się na opinie innych krajów w historii alternatywnej jest typowe dla tego kompleksu. U ludzi dotkniętych tym schorzeniem panuje przekonanie, że coś dobrego może wyjść tylko z zatwierdzenia bądź imitacji Zachodu. Ciekawym przykładem na moją tezę o kompleksie niższości niech będzie rozwinięty przez autora temat polskiej kolonii – Madagaskaru. Ziemowit Szczerek opisuje jakby z politowaniem naukę języka polskiego w polskiej kolonii: „W malgaskich szkołach wprowadzono obowiązkowe lekcje języka polskiego. Nieszczęśni młodzi Malgasze uczyli się dukać «Chrząszcz brzmi w trzcinie» i  śpiewać Bogurodzicę oraz zapewniać «Nie będzie Niemiec pluł nam w twarz»” (s. 179). To rzeczywiście zabawne, żeby ktoś się musiałby uczyć języka polskiego, tak egzotycznego i śmiesznego języka. A łamańce językowe angielskie czy niemieckie są przecież urocze, sami uczymy się ich na lekcjach, tylko te polskie byłyby utrapieniem.

Są też jednak w książce wątki, które mi się podobały. Doceniam autora za poszukiwania idei i pomysłów, które gdzieś w II RP były rozważane. Szczególnie dotyczące architektury, urbanistyki, przemysłu obronnego i motoryzacji. To ciekawe i inspirujące. Podobało mi się przywołanie krytycznych ocen odnośnie do aneksji Zaolzia, co akurat w tym przypadku było dla mnie świeże i pozwoliło mi spojrzeć w nowy sposób na temat, którym interesuję się od dawna.

Ciekawa nawet była forma książki, w której rozważania o historii przeplatały się z narracją historii alternatywnej wzbogaconej o pseudo cytaty znanych postaci (Wańkowicz, Witkacy, Gombrowicz, etc.). Jednak dużym dysonansem był dla mnie ostatni rozdział, mający w zamierzeniu autora podsumować całą książkę. Otóż autor chciał zamknąć swoją opowieść reportażem z II RP z roku 2013. Młodzieżowa forma tego reportażu, choć de facto nie różniąca się zasadniczo od poprzednich rozdziałów, zawierała uliczne zwroty typu „kilka browarów i szotów później byliśmy już nieźle zrobieni” (s. 260) czy fragmenty  o „nawalonych jak działa” studentach i turystach (s. 271) miała chyba pokazać, że daleko od dzisiejszej sytuacji byśmy nie uciekli. Okupacja i komuna to jedno, ale przy polskim talencie do marnotrawstwa nawet te 60 lat innych okoliczności nie zrobiłby z nas poważnego państwa.

Autor lub wydawca popełnili też mały błąd niekonsekwencji. Otóż na trzeciej stronie mamy informacje o książce stylizujące ją na wydawnictwo z Polski alternatywnej. Jeden z nadruków brzmi „Federacja Rzeczpospolitej Polskiej i Republiki Słowackiej, Kraków 2013”, a na stronie 275 mamy opis roku 2013, gdzie Bohdan Krynićki opisuje Słowację już po rozerwaniu federacji. Inny nadruk pokazuje cenę madagaskarską w momencie, gdy Madagaskar był już niepodległy (s. 218). Ale zrzućmy to na karb swobodnej reklamy i zabawy formą.

Myślę, że książka znajdzie swoich fanów wśród ludzi krytycznie nastawionych do polityki historycznej, konserwatywnych poglądów, chcących czuć się Europejczykami i dystansującymi się od Polski. Widać, że książka wyrosła z takich przeświadczeń, mimo że próbuje się ukryć za obiektywizującym, krytycznym spojrzeniem na polską historię. Oczywiście, są duże pokłady krytyki, z którymi mogę się zgodzić (np. krytyczne spojrzenie na architekturę czy niektóre mocarstwowe tony II RP), ale z książki bije nieomal krytyka totalna, gdzie lepsze od Polski jest wszystko, co Polską nie jest. Bardzo dojrzale i mądrze brzmi ostatni akapit, w którym autor słowami swoich bohaterów woła o własną wewnętrzną, oryginalną strukturę, która powinna być ambicją kraju. Ale te mądre słowa nijak się mają to wcześniejszych treści i nastrojów książki.

piątek, 6 września 2013

Sergiusz Piasecki: „Kochanek Wielkiej Niedźwiedzicy”


Sergiusz Piasecki, Kochanek Wielkiej Niedźwiedzicy
Towarzystwo Wydawnicze „Graf”
Gdańsk 1989

Sergiusz Piasecki przeleciał ostatnio jak meteoryt przez polskie media. Przez chwilę było go dużo w prawicowych tygodniach i serwisach internetowych. Przypomniano jego postać i jakby podkreślano jego rolę „anty Miłosza”. Przypomniano jego list („Były poputczik Miłosz”) oraz życie przy okazji książki o jego żonie, która wcześniej była związana z Miłoszem. To on, awanturnik, przestępca, żołnierz o tajemniczej służbie i były przemytnik miał być tym, który widział sprawy zaplątania się w komunizm i pokrętne tłumaczenia się prosto i potrafił je nazwać. To wszystko sprawiło, że przypomniałem sobie o „Kochanku wielkiej niedźwiedzicy” czekającym na swoją kolej na mojej półce. 

Pierwsze, co rzuciło mi się w oczy, to… znowu Wańkowicz. Jest on autorem przedmowy do książki i wykorzystuje te kilka strona dla siebie dając próbkę swojego nachalnego i momentami nieznośnego stylu. Wańkowicz nawet przy czyjejś książce chce czuć się gwiazdą, a dodatkowo tu być patronem początkującego literata. W swojej przedmowie potrafi ukazać wszystkie swoje cechy, a więc także niedokładność, lekki stosunek do faktów i łatwość ich przeinaczania, jeśli potrzebuje tego fraza. Pisze Wańkowicz, przykładowo,: „[Władek] idzie pożegnać się z Mogiłą, miejscem w którym koledzy znaleźli go kiedyś zemdlonego bez sił, gdy uciekł z więzień sowieckich. Miało tam ukazywać się widmo, sam widział parokrotnie biały cień. Cień jest i teraz. To córka zabitego w tym miejscu przy przechodzeniu granicy oficera rosyjskiego. Żegnają się” (s. 8). A przecież to było inaczej. Władek zdecydował „porzucić granicę”, po drodze wstąpił jeszcze to restauracji Ginty, a wracając koło Mogiły chciał rzeczywiście zobaczyć miejsce w którym leżał i rzeczywiście wcześniej widywał tam biało widmo, rzekomo córkę oficera, ale dziś widmo było ciemne. Okazało się, że to dziewczyna jego kolegi. „ - Słyszałem legendę o widmie, które zjawia się w pobliżu tego miejsca… Widziałem je na własne oczy… / - Co pan widział? / – Bezkształtną białą plamę, która wciąż poruszała się w różnych kierunkach… To unosiła się, to opadała w dół…  / Na twarzy dziewczyny zjawił się lekki uśmiech. / - To nie było widmo. To była Muszka. Pies gospodarza, u którego mieszkam” (s. 267). 

„Kochanek…” to nie jest wielka literatura. Tworzona przez skazanego w więzieniu, który poczuł potrzebę pisania, który uczył się języka literackiego chwilę przedtem i który chciał opisać swoje życie przemytnika. Odniosłem wrażenie, że w Piaseckim żyła chęć ukazania tego mikrokosmosu pogranicza jako swoistego magicznego świata, który na jego oczach się skończył. Chciał stworzyć coś na kształt opowieści o ostatnich fartowcach, czyli prawdziwych przemytnikach, których świat umarł pod naporem powstańców, czyli przemytników nowicjuszy nieuznających tradycyjnych zasad. Ale wyszło to trochę niedojrzale. Bo o ile sam opis życia i historii z granicy jest ciekawy, to już samo postępowanie bohatera, jego zasadzki na powstańców w imię pomszczenia starych druhów mają cechy prostych odruchów z groteskowym uzasadnieniem. Podobnie naiwny jest opis rozczarowania Wilnem, owym „dużym miastem”, które pod płaszczem blichtru ma być bardziej złe od przemytniczej granicy. „- To wszystko zaczyna mnie nudzić. Zbrzydły mi i pijatyki, i kłamiący ludzie, i miasto, w którym prawdę się przemyca przez wiele kordonów – jak my towar! Tu wszystko sztuczne, lśniące i bardzo skomplikowane, lecz pod tym się kryją zwykle brudy i brak treści… Tam żyłem pełniej. Tam ludzie są szczerzy i pod lichą powłoką słów wyrażają złote myśli, a w piersiach mają żywe uczucia i gorące serca. Tu – ani jednej szczerej myśli, ani jednego szczerego słowa” (s. 235). 

Książka wyraża sposób postrzegania świata przez prostego przemytnika, a tylko z rzadka pojawiają się jakieś myśli, które będą potem charakteryzować Piaseckiego. Przykładowo, gdy bohater książki został aresztowany przez czerwonoarmistów odzywa się do nich: „Kajdany znieściliście, a skórę zdzieracie!” (s. 92). 

Czego w książce brakuje? Dwóch rzeczy przede wszystkim. Nie ma wątku, który musiał być w życiu autora, a który jest wyraźnie przemilczany. To kokaina od której Piasecki był uzależniony. W powieści spirytus leje się strumieniami, narkotyki występują jednak tylko raz, choć znacząco. „Tak. Trudny i niebezpieczny jest zawód przemytnika! Lecz czułem, że porzucić go byłoby mi trudno. Przyciąga mnie jak kokaina…” (s. 76). Nie ma też wielu słów, które paść musiały. Otóż trudno sobie wyobrazić, by przemytnicy zabijający ludzi, pijący na umór, chodzący do burdeli przeklinali w tak grzeczny sposób. Sprawia to komiczne wrażenie, szczególnie gdy maksymalna złość wyraża się w ten sposób: „Trzyyymaj fartowców, żyganów, chojraków, blatniaków, szubrawców, cwaniaków!...”. I może jeszcze warto dodać, że nie jest to przemyślana literatura. Wiele wątków, np. kobiecych (Bombina), nie zostaje rozwiązanych. Widać, że książka była pisana pod wpływem impulsów, przeżyć, zdarzeń, a nie z myślą stworzenia dzieła.
Ciekawie jest jednak obserwować życie pogranicza II RP. Nastroje, codzienne sprawy, oczekiwania i przemiany. Nie ma dostępu do książki wielka polityka, a widzimy świat oczami prostych ludzi. Widać granicę z bolszewicką Rosją i to jaki świat się wykreował na Wschodzie, gdzie wzięciem cieszyły się przemycane igły, a sposób wyprawiania skórek był tak marny, że niewyprawione po zachodniej stronie miały większą wartość. Ciekawe jest to, że Bolek Kometa zarządził Antoniemu, by ten zagrał w knajpie „Na sopkach Mandżurii” (s. 59), czyli utwór, który królował w Rosji w okolicach 1904 roku, gdy przygrywał żołnierzom wyruszającym z entuzjazmem na wojnę z Japonią.  

sobota, 13 lipca 2013

Melchior Wańkowicz: "Drogą do Urzędowa"

Melchior Wańkowicz, Drogą do Urzędowa
Wydawnictwo Polonia
Warszawa 1989

Dużo czasu minęło od mojego ostatniego wpisu. Przez cały ten czas jednak zawsze pod ręką miałem Wańkowicza. „Drogą do Urzędowa” tak się sfatygowało przez ten okres, że nie przypomina już wydania, które wkładałem do plecaka po raz pierwszy. W zasadzie to, że czytałem je tak długo jest dowodem na to, że książka nie jest, jako całość, tak porywająca, by nie spać przez nią nocami, nie jest jednak słaba na tyle, by odłożyć ją z powrotem  na półkę. „Drogą do urzędowa” było pierwszą książką w moim życiu przez którą się na coś spóźniłem. Siedziałem na przystanku czekając na autobus do pracy, wyciągnąłem książkę i po jakimś czasie już tylko widziałem tył uciekającego mi autobusu. Są tu bowiem fragmenty, które nie pozwalają się oderwać. Jest ich jednak stanowczo za mało. O tym jednak jeszcze później. 

Już kiedyś pisałem o języku Wańkowicza: jest on specyficzny. By dokładnie rozumieć treść, sens i melodię pisarstwa autora „Sztafety”, trzeba czytać go wolno, jakby w myślach wypowiadać każde słowo. Gdy zapomni się o tej technice, wątek ucieka od razu. Trzeba więc wracać do momentu, gdy myśl czytelnika poszybowała gdzieś lub zgodzić się na to, że czytamy bez rozumienia. 

Powiedzenie, że książka jest nierówna nie oddawałoby całej prawdy. Nierówną książką nazwę taką, gdzie są fragmenty zdecydowanie dobre i zdecydowanie słabe. Wańkowicz jednak dokonał czegoś jakby kolażu. Różne narracje przeplatają się w tej książce, by tworzyć coś na kształt „epopei” polskości w latach II wojny światowej. Słowo „epopeja” celowo umieściłem w cudzysłowie. Uważam bowiem, że taki był zamysł autora i uważam też, że niestety nie udał się on. W książce mamy bowiem zbyt różne tony, zbyt często przechodzimy od opisów podniosłych, bohaterskich i tragicznych zarazem do opisów komicznych w stylu przygód Franka Dolasa. Książka (celowo) nie trzyma stylu i nastroju. I to, co świetnie się sprawdza na przykład u Sienkiewicza, zupełnie nie sprawdza się u Wańkowicza. 

Z łatwością można poznać, że autor hojnie obdziela swoimi przeżyciami bohaterów książki. Najwięcej z Wańkowicza znajdziemy w postaci Haukego. Za przykład niech służy znany epizod, który w książce brzmi tak: „Nagle z radia polała się polska mowa. Natrząsał się sprzedawczyk Ołpiński ze stacji Wrocław: - Dowiadujemy się, że znakomity Hans Hauke, renegat niemiecki, który tumanił Polaków dorabiając się na tanim patriotyzmie, czmycha za rządem polskim do granicy rumuńskiej, ale Wodan go krokiem Gänsepromenade dojdzie i weźmie za piękną brodę“ (s. 56). Oczywiście „Gänsepromenade” odgrywa tutaj rolę „Tropami Smętka”, a cała historia to opis sytuacji, gdy Wańkowicz włączył radio i usłyszał, że Niemcy go „tropami Smętka dopadną”. Ale i inne postaci mają cechy Wańkowicza, przykładem niech będzie Achilles Jagiełło podczas przekraczania granicy rumuńskiej w Zaleszczykach: „Małej figurce Achillsea, dźwigającej ciężką walizę i maszynę do pisania nad głową, woda już dochodziła do piersi” (s. 67). To także znany epizod z życia Wańkowicza, gdy ten przekraczał Dniestr we wrześniu tylko z maszyną do pisania nad głową. 

Gdy pisałem powyżej, że książka nie trzyma stylu, że raz jest podniosła, potem ma intencje komediowe, to miałem także na myśli momenty, gdy Wańkowicz przywołuje rubaszne rozmowy, często odwołujące się do mało wybrednych anegdot i wtrętów typu: „Stary gospodarz skarży się, że traci słuch, bo jak rano wstaje, to nie słyszy jak p…dzi. Doktor zapisuje mi kminku wiatropędnego. «Słyszeć lepiej nie będziecie, ale będziecie głośniej p…ć»”. (s. 29). Takich momentów jest więcej i twierdzę, że źle robią one opisom męczeństwa Polaków na Syberii czy opisie walk żołnierzy wyklętych. 

Książka Wańkowicza to poniekąd, a przynajmniej w zamierzeniu, epopeja narodu polskiego w czasie II wojny światowej. Przywołuje Wańkowicz różne, niezmiernie ważne epizody. Mamy więc opis mobilizacji, potem Wrzesień z 17 września i ucieczkę przez Zbrucz do Rumunii. Są oddziały leśne, przejmujący opis zesłańców na Syberii, są wzmiankowane mordy katyńskie i jest Bydgoszcz. Mamy też obrazy z niemieckich więzień i oflagi, aż wreszcie szlak polskich żołnierzy na Bliskim Wschodzie. Opisem Sybiru Wańkowicz wznosi się na wyżyny dając obraz polskich losów, ale ten zgromadzony kapitał łatwo trwoni żartami o wspomnianym „pierdnięciu” (s. 29) „łajnie” (s. 115), „nosie w dupie”(s. 67) i przygodach w latrynie (s. 303). I nawet jeśli przywołamy tą oczywistą prawdę, że życie nie było tylko patetyczne, to jednak w literaturze nie trzeba aż tak mieszać gatunków, bo wychodzi z tego całość nieznośna. 

Wańkowicz ma swój specyficzny styl. Uważam, że często odrobinę nadto udziwniony, ale czasem też błyskotliwy i trafny. Wańkowicz gra słowami, modeluje znaczenia, przywołuje zapomniane wyrazy. Widać, że lubi bawić się frazą, a jak mu jakaś się spodoba, to lubi ją powtórzyć w różnych konfiguracjach. Przykładowo pisząc o młodej polskiej inteligencji z awansu użył sformułowania „Kopnął się do ładowania tego głupiego łba nienażartym głodem pokoleń, jałowo kalkulujących (…)” (s. 87), by na stronie 113 napisać „rozbudził w swej nieuporządkowanej (…) głowie nienasycone pragnienie ugorujących pokoleń”.

Podoba mi się przeciwstawienie w książce polskiego, prowincjonalnego, ze wszystkimi swoimi wadami, ale jednak przyzwoitego owego „Urzędowa” klasie ludzi uprzywilejowanych, karierowiczów, „Drystali” i nosicieli „kundlizmu”.

Wybornie udała się Wańkowiczowie para doktor Lewin i ksiądz Wróbel. Tworzyli oni wspaniały duet, który dodawał blasku książce, a ja sam wyczekiwałem na fragmenty książki z ich perypetiami. Ich złośliwości, zmiany postaw, próby odnajdowania się w nowej sytuacji były ozdobą książki. Przy nich też najczęściej wybuchałem szczerym śmiechem, a przykładem niech będzie fragment, gdy prowincjonalny ksiądz Wróbel udał się do Grobu Pańskiego pełen wyobrażeń rodem z szopek bożonarodzeniowych w wiejskich kościołach, a na miejscu przeżył głębokie rozczarowanie. „Zaraz u wejścia w kruchcie zgorszył się tapczanem, na którym wylegiwała się rodzina mahometańskich Arabów, na skutek odwiecznych przywilejów mająca serwituty na świątynie. Wewnątrz zaś ogromne, brodate popy prawosławne, czarne koptyjskie małpoludy i inna zbieranina współgospodarząca w Miejscu Świętym, zgorszyła do reszty wikarego z Zaleszczyk” (s. 223). 

Duże wrażenie zrobiły na mnie opisy dotyczące naszych generałów i ich wyraźnych wad. Wańkowicz przytacza w książce fragmenty swoich rozmów z Śmigłym-Rydzem w Rumunii, gdzie ten stwierdza: „Muszę przyznać (…) że nie doceniałem aż tak dalece znaczenia broni pancernej – pomilczał – gdyby to taka wojna jak w 1920, to moglibyśmy się opierać” (s. 155). Pisząc o reszcie naszych wojskowych w Rumuni: „Nic nie wiedzą, co się dzieje na świecie, nic nie wiedzą nawet o ocenach minionej kampanii. Kioski w Rumunii są zawalone dziełem Feldzug in Polen, obficie dokumentowanymi szkicami; w odległym o dwadzieścia kilometrów Kimpolungu, do którego jeżdżą kąpać się i do fryzjera, leżą te książki na wystawie – ale oni nic o tym nie wiedzą” (s. 156). 

Przemawiają do mnie słowa Wańkowicza do żony, które cytowane są w przedmowie Aleksandra Ziółkowskiego i z którymi się zgadzam całkowicie: „Przed nam dwie trudności: czy moje pisarstwo co warte i czy wyżyjemy. O pierwszym pisać nie chcę – zbyt głęboko się zżymam omal jednomyślnym wyrokiem ludzkim. Ale poza dyskusją, że to co robię ma wielki walor. Wysłowić się umiem. Nawet człowiek średnio zdolny przy tej pracy i tym uporze w pisaniu, przy tym materiale, który zbiera o losie polskim w następstwie nieistniejących biur historycznych  - spełniłby wielkie zadanie” (s. 14).  

środa, 20 marca 2013

Stefan Żeromski: „Dzieje grzechu”

Stefan Żeromski, Dzieje grzechu
Czytelnik
Warszawa 1991


Książka Żeromskiego to pierwsza lektura od dawna, przy której nie robiłem żadnych notatek. Nie zamierzałem tego, a wyszło to naturalnie. Jak zwykle zacząłem czytać wyposażony w stary zeszyt i długopis i czekałem na jakieś spostrzeżenie. Po kilkudziesięciu stronach pierwsza z kartek przeznaczonych na „Dzieje grzechu” wciąż pozostawała prawie pusta. Zwyczajnie nic godnego uwagi w związku z książką nie przyszło mi do głowy. W końcu nie zabierałem z sobą już zeszytu. 

Czytało się z początku Żeromskiego trudno, mozolnie i pewnie gdyby nie nazwisko, odłożyłbym książkę na półkę. Banalne romansidło pisane żałosnym językiem i z hiperbanalnymi porównaniami. „Byli w takich chwilach oboje jak wędrowcy, co się w nocy piorunowej spotykają twarzą w twarz i oblicza swe, z nagła wytrysłe z przepaści nocnej, widzą wśród błyskawic. Radość! Życie!” (tom 1, s. 79). Opisy stanów uczuć i przemyśleń były naiwne, niedojrzałe, dziecięce. Zacząłem się zastanawiać, skąd u Żeromskiego takie dziwadło. Co się stało wielkiemu pisarzowi, że wydał takie głupoty. Myślałem, że może postanowił sobie udowodnić, że jest w stanie napisać także i banalny romans, tak jak Umberto Eco postanowił napisać idealny kryminał. Potem przyszła myśl, że może to taki żart, zabawa z czytelnikiem i wyszydzanie romansideł pospołu. Trwałem jednak w postanowieniu przeczytania książki. Bywały momenty, że potrafiłem się wciągnąć w egzaltacje Ewy i Łukasza i z zaciekawieniem czytałem, jak próbują przezwyciężyć społeczne przeszkody na drodze do swej miłości. Widać do wszystkiego można przywyknąć. No i magia nazwiska Żeromski – można nie lubić jego książki, ale przeczytać warto. Pewną odskocznią, jakby momentem, żeby nabrać powietrza do dalszego nurkowania w treści była cyniczna, zgryźliwa, ale wesoła i błyskotliwa postać Horsta. Gdyby nawet ktoś obcy nie znał nazwiska Żeromski, to rozmowy z udziałem Horsta musiały stworzyć poczucie, że nie mamy tu do czynienia z twórcą prozy kuchennej.  

Aż nagle książka zaczęła się zmieniać. Język stopniowo tracił swą nieznośną manierę, stawał się coraz bardziej wyważony, stonowany, analityczny, bez bombastycznych wtrąceń. Stawało się to stopniowo, krok za krokiem. Aż w końcu zrozumiałem, że język powieści był ścisłym odbiciem jakby poziomu świadomości Ewy. Książka w swych pierwszych stu pięćdziesięciu stronach oddawała sposób widzenia świata przez młodziutką, naiwną pannę, której rytm dnia wybijały skrupulatna praca, kościół i domowe stosunki. Wraz z oddalaniem się od tego życia i stopniową przemianą, aż wreszcie upadkiem Ewy zmieniał się także nie tylko sposób mówienia Ewy, ale i styl narracji. „Ewa siedziała przez czas pewien, patrząc bezmyślnie w żar lampki elektrycznej. Bawiła ją ta przygoda i radowała nadzieja snu. W hotelu i za murami panowała zupełna cisza” (tom 2, s. 76). Żeromski zgrabnie poprowadził frazę dając jakby nowy wymiar powieści, odczytywanie nastroju przez język nie tylko bohaterów, ale całej narracji. Zrozumienie tego zabiegu pozwoliło z zachwytem spojrzeć na pierwsze strony powieści, docenić zamysł i wykonanie tego pomysłu. 

Ale były też w sposobie prowadzenia powieści tony fałszywe. Świadomość Ewy zmieniała się dosłownie „stopniowo”. Właśnie stopnie schodów przyszły mi do głowy, gdy chciałem nazwać słabości fabuły. Powierzchnia schodów składa się z poziomego stopnia pewnej długości i nagłego spadku do poziomu niższego stopnia. Nie ma miękkiego, płynnego, dłuższego przejścia. Tak samo uczucia Ewy długo błądzą wokół jakiś myśli, nie zmieniają się co do treści, trwają w swoich opisach, aż nagle coś się zmienia radykalnie i już to tylko jest przedmiotem długich opisów, szczególnie w pierwszej części książki. Tak było na przykład z zakochaniem się Ewy w Łukaszu. Długo nie działo się nic, trwali wokół siebie, poznawali się, aż nagle stało się, że są w sobie ogromnie zakochani. Stało się to szybko, wręcz niezauważenie, jak zejście z jednego stopnia na drugi. Inną słabością fabuły było pojawienie się kilka razy rozwiązania fabuły na skróty. Żeromski znajdował jakiś sposób, który za łatwo pozwalał mu posunąć fabułę do zamierzonego punktu. Takim deus ex machina jest na przykład wszystkowiedzący Pochroń czy pieniądze wygrywane w kasynie. 

Żeromski, jakiego oczekujemy, pojawia się w pełnej krasie, gdy Bodzanta tłumaczy Malinowskiemu zasady działania Majdanu. To jest jakby inny świat, kilka dobrych stron na marginesie, poza powieścią, ale tu pojawia się pozytywistyczna wizja i jej totalny upadek zderzony z rzeczywistością polskiego chłopa. 

Ta książka mówi też trochę o polskiej szkole. Dostałem „Dzieje grzechu” do przeczytania od bliskiej mi osoby. Dla niej była to nagroda za „wzorowe zachowanie i bardzo dobre wyniki w nauce” w siódmej klasie podstawówki. To czy taka książka jest właściwa dla uczniów podstawówki zostawiam otwarte, ale zastanawiające jest to, że dzieci dostawały książkę z reprodukcją jednego z aktów Egona Schiele, na którym kobieta eksponuje włosy łonowe i pierś podwijając długą suknię.