piątek, 23 grudnia 2011

Kazimierz Brandys: "Nierzeczywistość"

Kazimierz Brandys, Nierzeczywistość,
Oficyna Wydawnicza Voulmen
Warszawa (bez daty)

Rozmawiałem ostatnio z koleżanką – studentką polonistyki. Pisała właśnie pracę magisterską. Tytuł tej pracy, nie przypomnę sobie teraz dokładnie, ale brzmiał mniej więcej: „Monolog czyli słabość współczesnej powieści”. Potrzebowałem usłyszeć to zdanie, by nazwać myśli, które krążyły w mojej głowie podczas czytania książki Kazimierza Brandysa.

Książka ma formę wypowiedzi nagranej na taśmę magnetofonową. Nagranie to odpowiedź na pytania zadane w ankiecie narratorowi przy okazji jego pobytu za granicą przez zagranicznego naukowca. W zamierzeniu i powszechnym odbiorze to rozliczenie ze swoim życiem w kontekście życia w dziwnym kraju – w Polsce – tytułowej nierzeczywistości.

Książkę czytało mi się trudno, była wręcz nużąca i, mam wrażenie, podobna dziesiątkom książek pisanych jakby z potrzeby wewnętrznej, ale co do której nie przyłożono się starannie. Miałem często poczucie banału i nachalnego wyrażania swoich zastrzeżeń do owej nierzeczywistości, który tylko miała uwznioślać autora w oczach czytelnika. 

Odczuwałem częste podkreślanie perspektywy antyidiwidualnej w książce. Autor jest więc elementem większej całości, częścią tego układu, którym jest „Nierzeczywistość” i z tego mają wynikać jego cechy indywidualne. Podkreśla to bardzo pisząc, że „(…) dla siebie jest się zawsze wyjątkiem, chociaż ankiety i statystki mówią co innego” (s. 9), „przekonań nie zdobywa się samemu, lecz jakby przez zbiorowe obwąchiwanie się pod  Drzewem Wiadomości” (s. 15), „ludzie tacy jak ja żyją w każdej epoce i każdej epoce są jej szarą materią” (s. 10), a na stronie 12 wyjaśnia, że indywidualizm to złudzenie dodatkowo zabijane przez totalitaryzm. Takie zdania wypełniają praktycznie cały początek książki. 

Po tych pseudofilozoficznych rozważaniach Brandys przesuwa się w stronę krytyki Polski. Nie tylko w jej PRL-owskim wydaniu, ale w ogóle Polski jako takiej. Jestem niemal pewien, że gdyby ktoś napisał tę książkę dziś, to od ręki dostałby nagrodę NIKE. Okazuje się, że narratora „Polska dopadła, wymacała i stłukła. Leżąc słyszałem nie śpiew i nie kolędę. Słyszałem szurgot i wrzask” (s. 18) - opisując przedwojenne doświadczenia,  gdy stanął w obronie pobitego przez Wszechpolaków Żyda. 

Na stronie 20 mamy mini wykład o zaściankowości i lokalności polskiej literatury, która w przeciwieństwie choćby do rosyjskiej, francuskiej i angielskiej nie ma „autentycznych ludzkich czy między ludzkich komplikacji”. Dowiadujemy się też odnośnie do literatury, że „w polskiej bohater reprezentuje naród, a romans jest romansem z ojczyzną” (s. 20). Więc literatura polska jest taka od zawsze, nie tylko od czasów nastania komunizmu, a „przez dwieście lat jedyną żywą postacią kobiecą w polskiej literaturze był cień zmarłej dziewczynki” (s. 21). Dość zabawnie pobrzmiewa konkluzja tego wywodu, że „w wyniku takich lektur społeczeństwo przestaje znać siebie. Chwilami tylko jego samoświadomość przejawia się w autopamfletach”. Dodajmy jeszcze znaczące: „Polacy mają kompleks lokalności, wiedzą, że mówią szyfrem i że rozwiązywanie ich szyfru nie interesuje cudzoziemców” (s. 8)”. Znam dobrze te głosy i budowanie swojej pozycji poprzez pisanie o prowincjonalizmie, antysemityzmie i płytkiej literaturze w Polsce. Tak jest przez większą część książki. Choć może rzeczywiście czytając „Nierzeczywistość” można stwierdzić, że coś w tym jest, że literatura polska potrafi być prowincjonalna i płytka, szczególnie jeśli dany autor chce pokazać, że wyraźnie nie zasługuje, by być jej częścią.  

Szczególnie nie lubię domorosłego filozofowania (z którego częściowo narrator zdaje sobie sprawę tłumacząc się autorowi ankiety pod koniec książki) i nachalnej poetyzacji. Takie wywody to mądrość  i piękno podobne do nowych szat cesarza, ale posłużmy się przykładem: „Naśladowali kształty grzechów i cnót, z wieczoru na wieczór zmieniali twarze, głosy, uczynki, a w końcu dochodzili do granicy, poza którą jest wszystko i nic. Wszystko jest prawdą i nic nie jest fałszem, wszystko jest fałszem i nic nie jest prawdą” (s. 37) czy rozważania o „Naturze” i „Historii” jako głównych przeszkodach dla ludzi w dążeniu do dobra (s. 68).

Dziwne wrażenie robi też na mnie opis akcji „Rondo” (od s. 41). Jest to, jak to odbieram, wykpiwanie konspiracji i sprowadzanie jej do naiwnej zabawy. Czy jest to opis prawdziwych zdarzeń? Czy może próba stworzenia barwnego, szyderczego obrazu? Dawanie upustu chęci młodej kobiety do pracy w konspiracji, mistyfikując rzeczywistość i udając przed nią organizację brzmi niepoważnie, ale z pewnością byłby to kolejny argument do nagrody NIKE.

Zabawnie brzmi fragment o złożeniu podania o przyjęciu na członka Partii jako chęci… podkreślenia własnej niezależności (s. 74). Trudno też dojść do ładu z poglądami narratora, gdy raz czytamy, że „Zmiany w Polsce po 1945 nazwano kiedyś »łagodną rewolucją«”, która „przebudowała strukturę społeczną kraju” (s. 126) z opinią, że „istnieje pewien układ społeczny  - można by go nawet uznać za przedłużenie cech i sił społecznych w przedwojennej Polsce” (s. 131). 

Najbardziej drażnią mnie w książkach najbanalniejsze, najprostsze, a zarazem wyjątkowo nietrafne według mnie stwierdzenia o tym dobrym czasie, który właśnie mija lub ostatecznie minął. Całą litanię tego typu mamy u Brandysa  przykładowo na stronie 119: „A dookoła wszędzie uwijali się już nowi ludzie, kręcąc się wokół swoich spraw, obsiadając progi awansów i strącając z nich innych, bez skrupułów, z pracowitą żywotnością insektów. Obserwowałem, jak rodzi się w kraju typ Polaka z teczką, gotowego na wszystko za trzynastą pensję czy wyjazd zagraniczny. Duszę sprzedawano tanio i bez targów”. Są to dla mnie wypowiedzi dyskwalifikujące literata. Pokazujące jego nieumiejętność głębszej obserwacji. Gdy weźmiemy książki z różnych epok, od Platona po dzisiejsze to zawsze będziemy słyszeli o tym, jak stary, uczciwy typ ludzi wymiera, a rodzą się nowi bez zasad i kultury, chciwi pieniędzy. Takie spostrzeżenia są tymi, które najłatwiej rzucają się w oczy, ale są nieprawdziwe, a wynikają tylko, jak sądzę, z psychologicznej różnicy wieku i doświadczeń. Starsi obserwatorzy projektują nabyte wartości na innych i przypisują sobie na swój wiek młodzieńczy właśnie te cechy. Do tego dochodzi pomieszanie krytyki Polski i jej stosunków z tęsknotą i żalem z powodu ich przemijania oraz cały szereg innych niekonsekwencji i banalności. 

Jest jednak fragment książki, który podoba mi się. Jestem po wrażeniem sprawnej i trafnej analizy zmian politycznych w kraju, kolejnych przełomów, co odnajdziemy na stronie 126. Tu autor wypada autentycznie i inteligentnie. Gdyby cała książka była utrzymana w tej formie, byłaby to ciekawa lektura. Być może te wyświechtane zdania o polskich przywarach i upadku starych dobrych czasów takimi wydaje się dziś. Być może w chwili publikacji była czymś ożywczym, nowym, co zapalało umysły czytelników. Jeśli tak, to można zrozumieć, czemu ukazała się w serii Kanonu Literatury Podziemnej. Dziś jest zwykłym zapiskiem pochopnych sądów, jakich wiele się pojawia. Niczego specjalnego, poza zapisem pewnej wewnętrznej szamotaniny i usprawiedliwiania się z wyborów życiowych Brandysa, w niej nie dostrzegam.

1 komentarz:

  1. Piekna i madra ksiazka pelna osobistych refleksji nad krajem, w odniesieniu do ktorego stare porzekadlo "Sam sobie szkodzi kto sie w Polsce rodzi" nie stracilo nic z aktualnosci. Pozycja warta wielu wznowien.

    OdpowiedzUsuń